Przepraszam, że nie do wszystkich piszę na gg, nie odwiedzam wszystkich blogów… ale ja się po prostu zaczynam gubić w tym wszystkim! Mam na gg kilka Kamil, kilka Magd, kilka Olek… I przyznam – zaczynam sie po prostu gubić! Dlatego za niedługo ruszy dział Kontakt – będzie można wtedy podać swoje dane, gg, stronę, e-mail. To już wtedy mi się nie zgubi
.
I przepraszam, że tyle musieliście czekać na nową notkę, ale wczoraj byłam na imprezie, przez co nie zdążyłam dodać. Ale zrozumcie – ja też mam swoje życie prywatne!
*
Zerwałam się z pozycji leżącej. Mój oddech był płytki i szybki. Ledwie mogłam złapać powietrze. Chwyciłam się za pierś, oddychając ciężko. Rozejrzałam się po ciemnym pokoju, zupełnie jakbym spodziewała się ujrzeć w którymś kącie zakrwawioną postać ciemnowłosej dziewczynki z nożem w ręku.
Nadal nie mogłam otrząsnąć się z szoku. Przed oczami migały mi dziko fragmenty snu – pudło, nóż, ręce, brzuch, tętnica… Czułam, jak żołądek podchodzi mi go gardła. Ostatkiem sił powstrzymałam się, aby nie zwymiotować.
Położyłam się i zamknęłam oczy. Jednak natychmiast je otworzyłam, gdyż pojawiła się postać Judie. Było tak za każdym razem, gdy je przymknęłam.
Usiadłam znowu, tuląc kołdrę pod brodą i nie wiedząc, co począć. Spróbowałam teraz zamknąć oczy. Nic z tego. Judie była za wyraźna.
Rozpłakałam się, poczułam się strasznie bezsilna. Byłam teraz niczym małe dziecko, dręczone sennym koszmarem, czekające, aż przyjdzie mama i je przytuli.
Obok mnie Bill się poruszył. Otworzył oczy, zamrugał parę razy i spojrzał na mnie. Uniósł się lekko na łokciach i zapytał:
- Tess… co się stało?
Nic nie powiedziałam, tylko złapałam go mocno za rękę i przytuliłam się do niego. Poczułam delikatny dreszcz zimna przebiegający przez jego ciało, gdy moje łzy zmoczyły jego nagą skórę.
- Boję się… – szepnęłam cichutko przytulając się mocniej.
- Nie masz czego, jestem przy tobie… – powiedział Bill, kładąc swoją głowę na mojej.
- Wiesz, Bill? – zapytałam, podnosząc swój wzrok na jego oczy.
- Tak?
- Kocham cię… – odparłam, opierając głowę na jego ramieniu.
- Ja ciebie też, Tess… – powiedział, głaszcząc mnie po włosach.
Teraz odważyłam się zamknąć oczy. Postać Judie wyblakła, stała się nie wyraźna… Strach minął, jednak coś we mnie drżało. Ja wiedziałam, że ona wróci…
Rano obudziłam się dość wcześnie. Spojrzałam na zegarek: było dwadzieścia po szóstej. Spojrzałam Na Billa; nie spał, tylko wpatrywał się we mnie swoimi ciepłymi, brązowymi oczami. Przysunął się do mnie i lekko dotknął mojej zabandażowanej dłoni. Z moich ust wyrwał się cichy krzyk, podobny raczej do pisku.
- Boli cię, prawda? – zapytał z troską, cofając rękę. Skinęłam głową. – Tess, proszę, nie rób tego więcej – dodał.
Nic nie odpowiedziałam, tylko spojrzałam na bandaż. Był brudny od krwi w wielu miejscach. Wieczorem zasypiając pewnie tego nie zauważyłam… Ale zaraz! Przecież ja zasnęłam w Czarnym Pokoju!
- Bill? – zagadnęłam chłopaka.
- Tak?
- Jak to się stało, że się znalazłam tutaj, zasypiając w Czarnym Pokoju? Drzwi były zamknięte…
- Okno było otwarte – powiedział z lekkim uśmiechem.
- Bill? Ty żartujesz? – zapytałam z lekkim przestrachem. – Zostałam wyniesiona, śpiąca przez okno?
- Dokładnie – mrugnął do mnie.
- Jakie wy pomysły macie… – uśmiechnęłam się lekko. Naprawdę się uśmiechnęłam! Po raz pierwszy od tak długiego czasu na moich ustach pojawił się lekki uśmiech! – Idę się ubrać… – dodałam i podniosłam się z łóżka.
Wyciągnęłam z szafy czarne, szerokie spodnie, jakiś podkoszulek i czerwoną bluzę z kapturem. Do tego stanik i majtki. Dzisiaj nie miałam ochoty na strojenie.
Wzięłam to wszystko łazienki. Jednak nim się przebrałam, otworzyłam szafkę i wyciągnęłam z niej bandaż. Ucięłam z niego nożyczkami nowy, czysty kawałek. Z najwyższą ostrożnością ściągnęłam stary materiał, przyglądając się ranom. Ostatniego wieczora nie do końca przestała mi lecieć krew, teraz widniała rozlana na skórze, brudząc całą dłoń i przegub.
Nalałam do umywalki letniej wody, rozglądając się za zapinką do bandaża, która gdzieś mi spadła. Schyliłam się pod umywalkę – była! Podniosłam ją i położyłam na pralce.
Kran był już pełny. Zakręciłam wodę po czym wsadziłam do niego obolałą i brudną dłoń. Pomagając sobie drugą delikatnie zaczęłam oczyszczać zabarwioną na czerwono skórę.
Zanim zrobiłam to dokładnie i starannie, woda już zdążyła zlodowacieć. Nie napuszczałam jednak nowej.
Wyciągnęłam rękę, wysuszyłam delikatnie ręcznikiem, obandażowałam nowym kawałkiem materiału i zapięłam poprzednią zapinką.
Dopiero teraz szybko się ubrałam i wyszłam z łazienki. Była już szósta czterdzieści pięć.
Udałam się z powrotem do pokoju, gdzie zastałam w pełni ubranego i wyszykowanego Billa
- Chodź, zrobimy śniadanie – powiedział do mnie i minął w drzwiach.
Rzuciłam piżamę na łóżko i wyszłam za nim. Usiadłam przy kuchennym stole, a Bill zabrał się za robienie śniadania. Obserwowałam to wszystko w niemym milczeniu, gdy nagle wstałam i podeszłam do niego. Przytuliłam go mocno, na co on pocałował mnie w czoło.
- Kocham cię, Bill… – wyszeptałam w jego koszulkę.
- Też cię kocham, Tess… – Usłyszałam lekko zaskoczony głos ponad sobą.
„Nie dziw się. To taki nagły gest miłości!” powiedziałam w myślach, czego Bill już nie mógł usłyszeć.
Siedziałam na samym końcu w szkolnej ławce, przypatrując się wszystkim uczniom znad podręcznika do przyrody. Dlaczego ja nie nawiązuję żadnych kontaktów? Spojrzałam na Alex, siedzącą ławkę obok mnie; wysyłała liściki z brązowowłosą Ellie, która siedziała tuż przed nią. Suzie zaś pokazywała jakiemuś chłopakowi na migi, który temat obecnie czytamy. Ogólnie niemal cała klasa komunikowała się ze sobą w jakiś sposób. Nie licząc mnie i dwóch dziewczyn w pierwszej ławce, ubranych w krótkie spódniczki i wysokie kozaczki. Obydwie były święcie zaczytane w „interesujących” podręcznikach i jeszcze bardziej „interesujących” tematach.
Sama nie wiem, dlaczego, ale nagle poczułam do nich wszystkich jakieś dziwne przywiązanie. Po raz pierwszy poczułam tą… wspólnotę? Tak, to chyba dobre określenie… Poczułam się równa z nimi, a nie taka żyjąca w odosobnieniu.
Jakoś od razu zrobiło mi się lepiej. Po raz pierwszy pomyślałam o czymś przyjemniejszym, nie powiązanym ze śmiercią Rachel.
Na moich ustach zakwitł delikatny uśmiech.
Moja euforia nie trwała jednak długo. Ledwie nastała noc i położyłam się spać naszły mnie ponownie dziwne sny.
Tym razem stałam przed jakimś nowocześniejszym dworkiem. Dom był zbudowany z kasztanowego drewna, jednak miał elementy współczesne. Trawnik przed tarasem był w doskonałej formie – idealnie wypielęgnowany, regularnie strzyżony i podlewany poprzez spryskiwacze, które wystawały z ziemi, aczkolwiek teraz nie pracowały.
- Witaj ponownie, Tess.
Zamknęłam oczy. Modliłam się, aby ten głos nie należał do tej osoby, o której właśnie myślałam. Powoli się odwróciłam, chociaż wszystko we mnie krzyczało, bym się nie odwracała.
Tak, jak się spodziewałam. To była Judie. Jednak nie miała chociażby najmniejszej rysy na skórze świadczącej o jej pocięciu się. Jednak nadal miała tą samą sukienkę. Materiał na brzuchu był normalny, bez żadnego rozcięcia.
- Chodź, dzisiaj pokażę ci coś innego…
Czułam, jakbym to nie szła ja, lecz ktoś inny. Moje nogi same mnie niosły.
Poszłyśmy w kierunku domu. Weszłyśmy do środka.
- Tak wolno? – zapytałam Judie.
- Nie widzą, nie czują i nie słyszą nas. Po prostu nie istniejemy dla nich – wyjaśniła dziewczynka.
Zaprowadziła mnie do jakiegoś bogato zdobionego pokoju. Spodziewałam się ujrzeć w nim jakąś wytworną panią i jej równie wytwornego męża. I byli szczęśliwi, uśmiechnięci. Taki miałam wizerunek rodziny mieszkającej w takim domu. To, co zobaczyłam, zdziwiło mnie.
Wewnątrz siedziało na podłodze małe, góra siedmioletnie dziecko. Był to jasnowłosy chłopiec, siedzący skulony i patrzący nieruchomo w przestrzeń. Zdawał się czekać na kogoś już dłuższą chwilę.
- Tak, czeka na kogoś – potwierdziła moje myśli Judie, chociaż nie odezwałam się nawet słowem.
Jednak dopiero teraz ujrzałam na jego małej, krągłej buzi łzy.
- Wiesz, dlaczego on płacze? – zapytała cicho Judie.
Pokręciłam przecząco głową.
- Stracił całą rodzinę w pożarze w mieście… Pozostał on sam. Nie zabrali go, bo źle się zachowywał. Pozostał z opiekunką, jednak ta „zrobiła sobie wolne” twierdząc, że mały poradzi sobie sam, a poza tym rodzina obiecywała za niedługo wrócić. Czeka już siódmą godzinę. Nikt nie wie, że tu jest, wszyscy myślą, że dom jest pusty – tłumaczyła szeptem Judie.
Zrobiło mi się strasznie żal tego chłopca. Straci całą rodzinę nawet o tym nie wiedząc… I może tak czekać, czekać, czekać w nieskończoność…
- Nie możemy nic zrobić? – zapytałam.
- Nic – odparła Judie. – Dlatego widzisz, jakie życie jest ważne, jak łatwo je stracić…
Już drugą noc zrywam się, mokra od potu, z łóżka. W moim oku zatrzymała się jakaś jedna, zabłąkana łza.
- Do czego zmierzasz, Judie? – zapytałam cicho, by nie zbudzić Billa.
