Member Login

Lost your password?

Registration is closed

Sorry, you are not allowed to register by yourself on this site!


Taki nagły gest miłości

Marzec 7th, 2010 by admin

Przepraszam, że nie do wszystkich piszę na gg, nie odwiedzam wszystkich blogów… ale ja się po prostu zaczynam gubić w tym wszystkim! Mam na gg kilka Kamil, kilka Magd, kilka Olek… I przyznam – zaczynam sie po prostu gubić! Dlatego za niedługo ruszy dział Kontakt – będzie można wtedy podać swoje dane, gg, stronę, e-mail. To już wtedy mi się nie zgubi ;) .
I przepraszam, że tyle musieliście czekać na nową notkę, ale wczoraj byłam na imprezie, przez co nie zdążyłam dodać. Ale zrozumcie – ja też mam swoje życie prywatne!

*

Zerwałam się z pozycji leżącej. Mój oddech był płytki i szybki. Ledwie mogłam złapać powietrze. Chwyciłam się za pierś, oddychając ciężko. Rozejrzałam się po ciemnym pokoju, zupełnie jakbym spodziewała się ujrzeć w którymś kącie zakrwawioną postać ciemnowłosej dziewczynki z nożem w ręku.
Nadal nie mogłam otrząsnąć się z szoku. Przed oczami migały mi dziko fragmenty snu – pudło, nóż, ręce, brzuch, tętnica… Czułam, jak żołądek podchodzi mi go gardła. Ostatkiem sił powstrzymałam się, aby nie zwymiotować.
Położyłam się i zamknęłam oczy. Jednak natychmiast je otworzyłam, gdyż pojawiła się postać Judie. Było tak za każdym razem, gdy je przymknęłam.
Usiadłam znowu, tuląc kołdrę pod brodą i nie wiedząc, co począć. Spróbowałam teraz zamknąć oczy. Nic z tego. Judie była za wyraźna.
Rozpłakałam się, poczułam się strasznie bezsilna. Byłam teraz niczym małe dziecko, dręczone sennym koszmarem, czekające, aż przyjdzie mama i je przytuli.
Obok mnie Bill się poruszył. Otworzył oczy, zamrugał parę razy i spojrzał na mnie. Uniósł się lekko na łokciach i zapytał:
- Tess… co się stało?
Nic nie powiedziałam, tylko złapałam go mocno za rękę i przytuliłam się do niego. Poczułam delikatny dreszcz zimna przebiegający przez jego ciało, gdy moje łzy zmoczyły jego nagą skórę.
- Boję się… – szepnęłam cichutko przytulając się mocniej.
- Nie masz czego, jestem przy tobie… – powiedział Bill, kładąc swoją głowę na mojej.
- Wiesz, Bill? – zapytałam, podnosząc swój wzrok na jego oczy.
- Tak?
- Kocham cię… – odparłam, opierając głowę na jego ramieniu.
- Ja ciebie też, Tess… – powiedział, głaszcząc mnie po włosach.
Teraz odważyłam się zamknąć oczy. Postać Judie wyblakła, stała się nie wyraźna… Strach minął, jednak coś we mnie drżało. Ja wiedziałam, że ona wróci…
Rano obudziłam się dość wcześnie. Spojrzałam na zegarek: było dwadzieścia po szóstej. Spojrzałam Na Billa; nie spał, tylko wpatrywał się we mnie swoimi ciepłymi, brązowymi oczami. Przysunął się do mnie i lekko dotknął mojej zabandażowanej dłoni. Z moich ust wyrwał się cichy krzyk, podobny raczej do pisku.
- Boli cię, prawda? – zapytał z troską, cofając rękę. Skinęłam głową. – Tess, proszę, nie rób tego więcej – dodał.
Nic nie odpowiedziałam, tylko spojrzałam na bandaż. Był brudny od krwi w wielu miejscach. Wieczorem zasypiając pewnie tego nie zauważyłam… Ale zaraz! Przecież ja zasnęłam w Czarnym Pokoju!
- Bill? – zagadnęłam chłopaka.
- Tak?
- Jak to się stało, że się znalazłam tutaj, zasypiając w Czarnym Pokoju? Drzwi były zamknięte…
- Okno było otwarte – powiedział z lekkim uśmiechem.
- Bill? Ty żartujesz? – zapytałam z lekkim przestrachem. – Zostałam wyniesiona, śpiąca przez okno?
- Dokładnie – mrugnął do mnie.
- Jakie wy pomysły macie… – uśmiechnęłam się lekko. Naprawdę się uśmiechnęłam! Po raz pierwszy od tak długiego czasu na moich ustach pojawił się lekki uśmiech! – Idę się ubrać… – dodałam i podniosłam się z łóżka.
Wyciągnęłam z szafy czarne, szerokie spodnie, jakiś podkoszulek i czerwoną bluzę z kapturem. Do tego stanik i majtki. Dzisiaj nie miałam ochoty na strojenie.
Wzięłam to wszystko łazienki. Jednak nim się przebrałam, otworzyłam szafkę i wyciągnęłam z niej bandaż. Ucięłam z niego nożyczkami nowy, czysty kawałek. Z najwyższą ostrożnością ściągnęłam stary materiał, przyglądając się ranom. Ostatniego wieczora nie do końca przestała mi lecieć krew, teraz widniała rozlana na skórze, brudząc całą dłoń i przegub.
Nalałam do umywalki letniej wody, rozglądając się za zapinką do bandaża, która gdzieś mi spadła. Schyliłam się pod umywalkę – była! Podniosłam ją i położyłam na pralce.
Kran był już pełny. Zakręciłam wodę po czym wsadziłam do niego obolałą i brudną dłoń. Pomagając sobie drugą delikatnie zaczęłam oczyszczać zabarwioną na czerwono skórę.
Zanim zrobiłam to dokładnie i starannie, woda już zdążyła zlodowacieć. Nie napuszczałam jednak nowej.
Wyciągnęłam rękę, wysuszyłam delikatnie ręcznikiem, obandażowałam nowym kawałkiem materiału i zapięłam poprzednią zapinką.
Dopiero teraz szybko się ubrałam i wyszłam z łazienki. Była już szósta czterdzieści pięć.
Udałam się z powrotem do pokoju, gdzie zastałam w pełni ubranego i wyszykowanego Billa
- Chodź, zrobimy śniadanie – powiedział do mnie i minął w drzwiach.
Rzuciłam piżamę na łóżko i wyszłam za nim. Usiadłam przy kuchennym stole, a Bill zabrał się za robienie śniadania. Obserwowałam to wszystko w niemym milczeniu, gdy nagle wstałam i podeszłam do niego. Przytuliłam go mocno, na co on pocałował mnie w czoło.
- Kocham cię, Bill… – wyszeptałam w jego koszulkę.
- Też cię kocham, Tess… – Usłyszałam lekko zaskoczony głos ponad sobą.
„Nie dziw się. To taki nagły gest miłości!” powiedziałam w myślach, czego Bill już nie mógł usłyszeć.

Siedziałam na samym końcu w szkolnej ławce, przypatrując się wszystkim uczniom znad podręcznika do przyrody. Dlaczego ja nie nawiązuję żadnych kontaktów? Spojrzałam na Alex, siedzącą ławkę obok mnie; wysyłała liściki z brązowowłosą Ellie, która siedziała tuż przed nią. Suzie zaś pokazywała jakiemuś chłopakowi na migi, który temat obecnie czytamy. Ogólnie niemal cała klasa komunikowała się ze sobą w jakiś sposób. Nie licząc mnie i dwóch dziewczyn w pierwszej ławce, ubranych w krótkie spódniczki i wysokie kozaczki. Obydwie były święcie zaczytane w „interesujących” podręcznikach i jeszcze bardziej „interesujących” tematach.
Sama nie wiem, dlaczego, ale nagle poczułam do nich wszystkich jakieś dziwne przywiązanie. Po raz pierwszy poczułam tą… wspólnotę? Tak, to chyba dobre określenie… Poczułam się równa z nimi, a nie taka żyjąca w odosobnieniu.
Jakoś od razu zrobiło mi się lepiej. Po raz pierwszy pomyślałam o czymś przyjemniejszym, nie powiązanym ze śmiercią Rachel.
Na moich ustach zakwitł delikatny uśmiech.

Moja euforia nie trwała jednak długo. Ledwie nastała noc i położyłam się spać naszły mnie ponownie dziwne sny.
Tym razem stałam przed jakimś nowocześniejszym dworkiem. Dom był zbudowany z kasztanowego drewna, jednak miał elementy współczesne. Trawnik przed tarasem był w doskonałej formie – idealnie wypielęgnowany, regularnie strzyżony i podlewany poprzez spryskiwacze, które wystawały z ziemi, aczkolwiek teraz nie pracowały.
- Witaj ponownie, Tess.
Zamknęłam oczy. Modliłam się, aby ten głos nie należał do tej osoby, o której właśnie myślałam. Powoli się odwróciłam, chociaż wszystko we mnie krzyczało, bym się nie odwracała.
Tak, jak się spodziewałam. To była Judie. Jednak nie miała chociażby najmniejszej rysy na skórze świadczącej o jej pocięciu się. Jednak nadal miała tą samą sukienkę. Materiał na brzuchu był normalny, bez żadnego rozcięcia.
- Chodź, dzisiaj pokażę ci coś innego…
Czułam, jakbym to nie szła ja, lecz ktoś inny. Moje nogi same mnie niosły.
Poszłyśmy w kierunku domu. Weszłyśmy do środka.
- Tak wolno? – zapytałam Judie.
- Nie widzą, nie czują i nie słyszą nas. Po prostu nie istniejemy dla nich – wyjaśniła dziewczynka.
Zaprowadziła mnie do jakiegoś bogato zdobionego pokoju. Spodziewałam się ujrzeć w nim jakąś wytworną panią i jej równie wytwornego męża. I byli szczęśliwi, uśmiechnięci. Taki miałam wizerunek rodziny mieszkającej w takim domu. To, co zobaczyłam, zdziwiło mnie.
Wewnątrz siedziało na podłodze małe, góra siedmioletnie dziecko. Był to jasnowłosy chłopiec, siedzący skulony i patrzący nieruchomo w przestrzeń. Zdawał się czekać na kogoś już dłuższą chwilę.
- Tak, czeka na kogoś – potwierdziła moje myśli Judie, chociaż nie odezwałam się nawet słowem.
Jednak dopiero teraz ujrzałam na jego małej, krągłej buzi łzy.
- Wiesz, dlaczego on płacze? – zapytała cicho Judie.
Pokręciłam przecząco głową.
- Stracił całą rodzinę w pożarze w mieście… Pozostał on sam. Nie zabrali go, bo źle się zachowywał. Pozostał z opiekunką, jednak ta „zrobiła sobie wolne” twierdząc, że mały poradzi sobie sam, a poza tym rodzina obiecywała za niedługo wrócić. Czeka już siódmą godzinę. Nikt nie wie, że tu jest, wszyscy myślą, że dom jest pusty – tłumaczyła szeptem Judie.
Zrobiło mi się strasznie żal tego chłopca. Straci całą rodzinę nawet o tym nie wiedząc… I może tak czekać, czekać, czekać w nieskończoność…
- Nie możemy nic zrobić? – zapytałam.
- Nic – odparła Judie. – Dlatego widzisz, jakie życie jest ważne, jak łatwo je stracić…
Już drugą noc zrywam się, mokra od potu, z łóżka. W moim oku zatrzymała się jakaś jedna, zabłąkana łza.
- Do czego zmierzasz, Judie? – zapytałam cicho, by nie zbudzić Billa.

W szponach koszmaru

Luty 25th, 2010 by admin

Powiem Wam, że strasznie trudno powiadomić wszystkich o nowej notce, jest to wręcz nieosiągalne (przy mojej sprawności neta -.-’). Dlatego też postanowiłam, że notki będą się ukazywać co tydzień – w każdy piątek.
Dziękuję Wam za aż 80 komentarzy! Jesteście wspaniali!
Ah, ta notka nie będzie należała do najdłuższych, ale mam nadzieje, że “nasyci” Was na jakiś czas ;>.

*

Wiatr kołysał drzewami, obdzierając je z pozostałości liści jeszcze na nich tkwiących. Tumany kurzu i drobinki czarnej ziemi unosiły się w powietrze, wpadając przechodniom do oczu, a lekka mżawka z przerwami moczyła ich kapelusze. Każdy spieszył się do domu, gdyż pogoda nie zapowiadała się ciekawie. Pośród tego całego tłumu ja jako jedyna stałam przy grobie Rachel, nieruchomo wpatrując się z srebrny napis głoszący: „Rachel Wolf 1989-2005”. Pod spodem była płaskorzeźba pięknej, rozkwitłem róży, a obok napis: „Śpieszmy się kochać ludzi – tak szybko odchodzą…” Był to pomysł Billa, z tą złotą myślą.
Grób cały się jarzył od dziesiątek zapalonych świeczek, które pozostawili tutaj szkolni znajomi i rodzina. Na samym przedzie stała ogromna świeczka ode mnie, Billa i Toma, tuż obok od Alex i Suzie, zaś jeszcze dalej – od rodziców. Cała reszta była sama nie wiem, od kogo.
Zbliżała się godzina szósta. Trzeba było wracać. Szepnęłam jeszcze cichutkie „Kocham cię…”, wsadziłam zmarznięte dłonie w kieszenie i wyszłam z cmentarza.

***

Sama nie wiem, dlaczego to chcę zrobić. Dlaczego chcę sobie zadać ten ból. A o co chodzi? O przemożną chęć wbicia sobie noża w żyły. Bez Rachel, bez rodziców to życie nie ma sensu…
Wymknęłam się z pokoju do kuchni i wyciągnęłam cicho nóż z szuflady. Schowałam go do kieszeni i pobiegłam do łazienki. Na szczęście nie spotkałam nikogo na korytarzu…
Usiadłam na sedesie i podwinęłam rękawy. Patrzyłam na moje dłonie, naciskałam opuszkami palców żyły we wszystkich miejscach – na przegubie, na nadgarstkach, na wierchu dłoni i w jej wewnętrznej stronie, aż w końcu na palcach. Nie mogłam się zdecydować, gdzie trafić najpierw. Nie chciałam tak od razu się zabić, nie, czułam to teraz wyraźnie. Jednak chciałam sobie zadać ból – to było pewne.
Odetchnęłam głęboko. Podniosłam nóż. Przytknęłam go do skóry na wierzchu dłoni. Przejechałam.
Natychmiast pojawiła się czerwona krecha, z której małym strumykiem popłynęła krew. Odetchnęłam. Raz, drugi, trzeci. Odwróciłam dłoń. Teraz przyłożyłam do wewnętrznej strony. Znów przejechałam. Kolejne strumyki krwi rozpływały się po mojej dłoni, wypełniając zgięcia i przykrywając cienką warstwą czerwonej mazi.
Teraz nadgarstki. I one zostały skąpane w czerwieni. Palce. Ponacinałam je, tworząc małe, lecz mocno krwawiące ranki.
Cięłam bez opamiętania. Nie zważałam na piekący ból – w pewien sposób przynosił mi on ulgę.
Przestałam. Odłożyłam na umywalce nóż brudny od mej szkarłatne krwi. Teraz tylko patrzyłam, jak upływa ze mnie krew.
Odetchnęłam parę razy. Wsadziłam rękę pod zimną wodę czekając, aż krwotok ustanie. Trwało to dość długo, ale w końcu się zatamowało. Dłoń owinęłam bandażem wyciągniętym z szafki i zapięłam srebrną zapinką. Strasznie piekło, o wiele bardziej, niż gdy się cięłam.
Wyszłam z ubikacji i udałam się do pokoju zajmowanego przeze mnie i przez Billa. Czarnowłosy spał. Podeszłam do niego, pocałowałam go w czoło i przykryłam kocem. Uśmiechnęłam się lekko, widząc na jego ustach lekki uśmiech. Usiadłam przy biurku, patrząc na moją dłoń. Nie mogłam wręcz oderwać od niej wzroku.
Wtem rozległo się pukanie do drzwi. Podeszłam i otworzyłam. W progu stał Tom. Miał dziwny wyraz twarzy.
- Chodź, Tess… – wychrypiał. Zauważyłam, że jego wzrok przeleciał po moich dłoniach. Odruchowo naciągnęłam sweter bardziej na bandaż.
Wyszłam razem nim, zamykając cicho drzwi, by nie zbudzić Billa. Zauważyłam, że Tom coś trzymał w ręce. Nie mogłam jednak bliżej się przyjrzeć, co to, bo doszliśmy.
- Usiądź – powiedział, pokazując na kanapę.
Posłusznie usiadłam, zdziwiona jego zachowaniem. Zwykle po prostu przychodziłam i robiłam co chciałam, więc teraz…?
Tom położył na stoliku przede mną jakiś srebrny, błyszczący przedmiot. Jeden rzut oka wystarczył, aby rozpoznać, co to było. Fala zimna przelała się przeze mnie, aż się wzdrygnęłam. Przede mną leżał zakrwawiony nóż, który zostawiłam w łazience.
Podniosłam przerażone spojrzenie na Toma. Miał takie dziwne spojrzenie, pełne… współczucia? Czy może to był… wstręt?
-Tess, prosiłem cię… to się może źle skończyć… jeśli nie przestaniesz… Więc lepiej przestań… nie mogę cię wiecznie kryć…
Wyszłam bez słowa z jego pokoju. Zamknęłam się w Czarnym. Przekręciłam klucz w zamku i zostawiłam go tam na wszelki wypadek, gdyby Tom próbował sztuczki ze spinką.
- Dlaczego nie chcecie zrozumieć… – wyszeptałam wilgotnym od łez głosem, zaciskając pięść. – Dlaczego?
Ułożyłam się na podłodze i zasnęłam. Zacznę się do tego przyzwyczajać…

Byłam w jakimś pomieszczeniu ze szklanymi ścianami. Wewnątrz była kompletna pustka, żadnych mebli ani dekoracji, nic. Wstałam ze szklanej podłogi i podeszłam do najbliższej ściany. Dopiero teraz zauważyłam, że byłam nie w żadnym pokoju, jak na początku myślałam, lecz… w pudle. Wielkie, szklane pudło.
Zobaczyłam, że do pokoju wchodzi mała, czarnowłosa dziewczynka. Jej odcieniu smoły, proste włosy sięgające do pasa okalały małą, drobną twarz. Była nienaturalnie blada i chuda. Odziana była w czarną, poszarpaną sukienkę z całym mnóstwem wiązań i siatek, nadając jej wygląd iście upiorny. Gdy podniosła wzrok na mnie, ujrzałam zgaszone, brązowe oczy.
- Witaj, Tess – powiedziała cichym, lecz wysokim głosem. – Jestem Judie.
Nic nie powiedziałam, tylko patrzyłam na nią uważnie.
- Wiesz, Tess, źle robisz… – powiedziała, przenikając mnie wzrokiem. – Źle robisz, że się tniesz…
- A skąd ty wiesz, że się tnę? – zapytałam podejrzliwie.
- Mam swoje źródła… a teraz patrz…
W rękach dziewczynki zmaterializował się nóż. Podniosła go wolno tak, abym to widziała, i przejechała srebrnym ostrzem po dłoni. Czerwony, krwisty ślad świadczył o jego ostrości.
Znowu go uniosła, lecz teraz kucnęła i rozcięła sobie doskonale widoczne żyły na kostce. Krew od razu spłynęła na posadzkę.
Wstała i teraz przejechała po żyłach na dłoni. Patrzyła, jak krew coraz szybciej z niej upływa.
- Czy chcesz tego samego? – zapytała, patrząc mi prosto w oczy. – Chcesz?
Nic nie powiedziałam, tylko mocno zacisnęłam wargi, aby nie krzyczeć.
- Tak? To patrz dalej…
Rozcięła gorset sukienki. Miejsce, gdzie tknął nóż, przesiąknęło krwią.
- Nie rób tego więcej, Tess…
Podniosła wysoko nóż, spojrzała na mnie ostatni raz – i przebiła sobie tętnicę.
Czułam, jak lodowate zimno rozchodzi się w całym moim ciele. Patrzyłam, jak osuwa się na ziemię, w czerwoną kałuże krwi, a nóż wypada z jej ręki, spadając na posadzkę i wydając z siebie ostry, metaliczny dźwięk.
Obudziłam się, oddychając głęboko.

Życie jest straszne.

Luty 11th, 2010 by admin

Dzisiaj, z miłości do Was, zamieszczam Waszą upragnioną notkę… Dziękuję Wam wszystkim, bez wyjątku…
Chcę wrócić do czytania blogów… nie wszystkich, prawda, bo za dużo ich jest, ale każdego chcę chociaż kawałek przeczytać…
Minęło mi ostatnio 30 000… jeszcze wcześniej 20 000… jak to wszystko szybko leci…
Dzisiaj notkę dedykuję Wam, w podzięce za życie.

*

Słońce już zdążyło wzejść na niebie, gdy wstałam znad brzegu jeziorka. Podeszłam do huśtawki, która stała samotnie na środku podwórza. Odepchnęłam się mocno nogami od ziemi i zaczęłam się huśtać.
- And when I’m gone, just carry on… don’t mourn… – zaczęłam cicho spiewać.
Spojrzałam na nieb, na jaśniejące na nim słońce, dodające otuchy. Czy Rachel jest tam gdzieś na górze? Czy obserwuje teraz każdy mój krok?
Usłyszałam kroki. Obróciłam się i ujrzałam Alex. Miała smutny wyra twarzy i zapuchnięte, czerwone oczy. Otworzyła usta, zapewne chcąc mi coś powiedzieć, jednak jej na to nie pozwoliłam.
- Proszę, Alex. Chcę być sama.
Zamknęła usta, skinęła tylko głową i odeszła.
Zeszłam z huśtawki i położyłam się na zimnej ziemi. Patrzyłam na bezkresne, błękitne niebo, po którym od czasu do czasu przelatywał jakiś ptak. Rachel lubiła ptaki…
Zacisnęłam powieki. Nie, Tess, nie będziesz teraz myśleć o Rachel…
Otworzyłam je znowu. Odwróciłam jednak wzrok i utkwiłam go w bezlistnym drzewie, które kiedyś było zielone, soczyste. Rachel miała zielone oczy…
- Zamknij się! – krzyknęłam, siadając gwałtownie, a łzy niczym perły potoczyły się po moich policzkach. – Nie myśl o niej!
Uderzyłam ręką w ziemię. Potem nogą. Zaczęłam zrywać trawę, która była w odcieniu jej oczu. Kopałam ziemię, która była w odcieniu jej włosów. Rzucałam kamienie do jeziorka, które było tak chłodne, jak logika, którą posługiwała się Rachel.
Słyszałam jakby szepty, które mnie otaczały. Ze wszystkich stron, coraz głośniejsze i głośniejsze…
- ZAM-KNIJ-SIĘ! – wrzasnęłam.
Usłyszałam trzask drzwiami i po chwili koło mnie znalazł się Tom.
- Tess, co się stało? – zapytał przerażony, łapiąc mnie za ramiona.
- Każ jej się zamknąć! – krzyknęłam.
- Komu?
- RACHEL!
- Ale przecież ona…
- Nie! Ona… jest… tu… patrzy na mnie… i szepcze… i… zadaje mi… ból… – bełkotałam.
- Tess, ty masz gorączkę! – powiedział przestraszony blondyn, dotykając ręką mojego czoła. – Chodź, idziemy do domu…
- Nie… nic mi nie jest… zostaw mnie… zabij ją! Zabij!
- Idziemy, Tess… Bill! – krzyknął w stronę domu.
Bill wyjrzał przez drzwi.
- Bill, Tess ma gorączkę, chodź tutaj! – zawołał do brata.
Czarnowłosy natychmiast podbiegł i wziął mnie na ręce. Tom podtrzymywał mi głowę.
- Bill, Bill… ona żyje… jest tutaj… mówiła do mnie… – wyszeptałam.
- Cicho, Tess, już dobrze… – powiedział Bill miękko.
- Nie… nie… Bill… Rachel… ja… ona… zabierz… zabij…
Bill i Tom wymienili przerażone spojrzenia. Zanieśli mnie najszybciej jak mogli do pokoju. Położyli na łóżku, na miękkiej, szarej pościeli.
Natychmiast nakryłam się kołdrą, chowając pod nią głowę. W nieustających drgawkach bełkotałam niepowiązane ze sobą słowa:
- Rachel… szept… ptaki… zieleń… ból…
- Tess… – poczułam jak ktoś ściąga z głowy kołdrę.
- Zostaw mnie! – krzyknęłam, wyrywając mu kołdrę i nakrywając się nią znowu.
Usłyszałam szepty, czyjeś potakiwania… to znowu ona…
Zatrzęsłam się. Ktoś zerwał ze mnie kołdrę i po prostu wywlókł z łóżka. Byłam niesiona przez dwie pary rąk – jednak dokąd?
Weszli ze mną do łazienki. Ściągnęli ze mnie kurtkę, spodnie i bluzę, i ułożyli w wannie. Po chwili poczułam, jak lodowata woda spływa po mnie.
Wrzasnęłam ze strachu. Zaczęłam się miotać, byleby tylko uchronić się od tej wody, która działała niczym nóż wbijany w ciało…
Ustało. Zabrali mnie do pokoju. Położyli pod kołdrę.
Miałam drgawki. Trzęsłam się cała od jakiegoś dziwnego lęku, który niczym kwas wyżerał mnie od środka.
Z oczu popłynęły mi łzy. Przekręcałam się z boku na bok, miotając wokół przerażonymi oczyma.
- Bill, Tom, coście jej zrobili?! Chcecie ją zabić?!
Ktoś podszedł do mnie i złapał za rękę. Lekki, przyjemny chłód rozprowadził się od nadgarstka po łokieć, kojąc obolałą skórę.
- Tess, nie płacz… – usłyszałam delikatny jak skrzydło motyla głos.
Spojrzałam na tą osobę. Ujrzałam ogniście rude włosy Alex oraz jej oczy, patrzące nam nie z niepokojem.
- Alex, ona żyje… – wychrypiałam.
- Nie, to tylko przewidzenia, przesłyszenia… śpij, jutro wszystko będzie dobrze…
Zamknęłam oczy. Głowa bolała mnie koszmarnie. Czułam potworne zmęczenie.
- Śpij…

Minęły trzy dni. Gorączka minęła tak zaskakująco szybko, jak się pojawiła. Jednak wspomnienie o Rachel nie odeszło. Ja, Bill i Tom snuliśmy się po domu niczym cienie, spoglądając na siebie smutno i jeden u drugiego szukając pocieszenia.
Jutro pogrzeb mojej siostry. Po południu. Idziemy wszyscy.
Rodzice również idą. Teraz już nawet nie mam sił z nimi walczyć… Chciałabym po prostu zapomnieć i obudzić się z błogą nieświadomością dawnych wydarzeń. Jednak tak się nie da…
Do szkoły nie chodzimy. Jak na razie. Całej naszej trójce pani Kaulitz pisze usprawiedliwienia. Nie wiem, jak z resztą, przez jakiś czas się nie widzieliśmy…
Coraz bardziej dociera do mnie, że ją straciłam. Że już nigdy nie zobaczę jej uśmiechu, jej łez, jej radości i jej smutku… Że już nigdy nie zamieni ze mną ani słowa, już nigdy na mnie nie spojrzy…
Bill i Tom prawie nic nie jedzą. Ja muszę, nie mogę zaszkodzić dziecku… Już i tak się boję, że mogło mu się coś stać podczas mojej choroby…
Nadszedł dzień pogrzebu. Z ciężkim westchnieniem ubrałam czarny sweter oraz czarne, wizytowe spodnie. Do tego czarne buty.
Wszyscy byli ubrani na czarno. Bliźniacy w garniturach. Pani Kaulitz w czarnej sukience. Pan Kaulitz również w garniturze.
Spojrzałam na nich smutno, a oni skinęli tylko głową. Wyszliśmy i wsiedliśmy do samochodu, który dowiózł nas na pobliski cmentarz.
Gdy wchodziliśmy przez bramę, zauważyłam Alex z Suzie. Nieco dalej Gustava i Georga. Wszyscy sprawiali wrażenie załamanych.
Podeszliśmy do nich. Skinęli nam tylko na powitanie głowami i dalej trwali w przytłaczającej ciszy.
Rozpoczęło się.
- Dzisiaj odeszła od nas młoda, szesnastoletnia dziewczyna… – zaczął ksiądz.
Patrzyłam na dół wykopany jakieś dwa metry ode mnie. Łzy zaczęły mi się zbierać w oczach. Wszyscy wokół patrzyli smutno to na mnie, to na księdza. Współczuli mi, czułam to. Wielu ich było, w końcu Rachel miała sporo znajomych, w przeciwieństwie do mnie… i zapewne wszyscy żałowali, ze to odeszła ona, wiecznie uśmiechnięta optymistka, rozważna, a przy tym dobra koleżanka, a nie ja, ciężarna histeryczka, której nałogiem stało się załamywanie się i nieustanne płakanie.
Po przeciwległej stronie stali moi rodzice. Mama płakała, tata obejmował ją ramieniem. Tak, jak ja byli załamani…
Zrobiło mi się ich żal, bardziej nawet, niż samej siebie. To była ich córka, ich największe szczęście…
- Ojcze nasz, któryś jest w niebie… – usłyszałam głos księdza. Razem z nim zaczęłam szeptać modlitwę mimo tego, że byłam ateistką i nie wierzyłam w Boga.
Minuty mijały powoli. Łzy zamarzały na moich policzkach, wiatr kąsał w uszy, mroził dłonie. Mimo to dalej stałam nieruchomo, szklanymi oczami obserwując przebieg pogrzebu.
- Nigdy cię nie zapomnimy, Rachel Wolf…

Wróciliśmy do domu, podróżując w martwej ciszy. Nikt się nie odzywał, nienaruszając milczenia. Poszłam na górę, do Czarnego Pokoju, zamykając się na klucz. Siadłam pod ścianą i rozpłakałam się. Niedaleko mnie widziała jej fotografia…
Wstałam i podeszłam do niej. Dotknęłam zdjęcie końcówkami palców, jakby chcąc przeniknąć przez szkło i naprawdę dotknąć jej policzka.
Stałam i wpatrywałam się w ten obraz, który został jedyną tak żywą pamiątką, jaką obecnie przy sobie miałam. Wszystkie pozostałe zdjęcia pozostały w domu kilka merów dalej… Gdzie pani Wolf zapewne ocierała oczy chusteczkami, a jej mąż usiłował ją pocieszyć, pomimo, że sam był załamany…
Życie jest straszne…

Wkrótce poszłam do szkoły. Wyszłam razem z Billem i Tomem na mroźny, grudniowy dzień. Słońce ledwie się tliło na szarym niebie, zasłaniane pojedynczymi płatkami śniegu.
Spojrzałam w stronę mojego domu, mając nadzieję, że ujrzę szczupłą, wysoką sylwetkę odzianą w czerwoną kurtkę i plecak, idącą w naszą stronę z uśmiechem wymalowanym na ustach i zielonych oczach, z rozwianymi czarnymi włosami.
Jednak jej nie ujrzałam.
Podmuch wiatru zamiótł z chodnika kupkę liści i śmieci, tuż sprzed moich stóp. Drzewa będące niemal już obdarte z liści zakołysały się lekko.
- Tess… – szepnął Bill, podchodząc i kładąc rękę na moim ramieniu.
Otrząsnęłam się. Rzuciłam ostatnie spojrzenie w stronę domu i poszłam, czując, jak moje serce rozdzierane jest na miliardy kawałków.

Na szkolnych korytarzach wszyscy umykali mi z drogi. Wyraźnie widziałam ich współczucie w oczach, gdy patrzyli na mnie, kiedy mijałam poszczególne korytarze. Śledzili każdy mój krok, jakby czekając na moje łzy. Nie rozumieli tak naprawdę nic…
Alex co chwila zerkała na mnie ukradkiem, gdy myślała, że tego nie widzę. Miałam już powoli tego dosyć, ale milczałam z zaciśniętymi zębami.
Usiadłam w ławce na matematyce, gdzie zwykle siedziałam obok Rachel i Alex. Spojrzałam na puste miejsce obok mnie i przez ułamek sekundy miałam nadzieję, że Rachel zaraz przyjdzie i na nim siądzie.
Jednak nie pojawiła się.
Alex spojrzała na mnie, westchnęła ciężko i usiadła.
- Możesz mi powiedzieć, o co ci chodzi? – syknęłam, gdy rozpoczęła się lekcja, a Alex zerkała na mnie częściej, niż by można było uznać za normalne.
- Mnie? Mnie nic… – szepnęła i lekko się zaczerwieniła, unikając mego wzroku.
- Mi się wydaje, że jednak coś jest nie tak – mruknęłam natarczywie, wpatrując się w nią uważnie.
- Nie, ja tylko… w tak właściwie… a, nieważne…
- Jak chcesz… – odparłam, wzruszając lekko ramionami.
Niczego się od niej nie dowiem.

- Tess! Wyjdź w końcu stamtąd! – usłyszałam głos Toma, dobijającego się do łazienki. – Siedzisz już tam dwie godziny!
- Och, odczep się! – krzyknęłam w odpowiedzi.
Usłyszałam odgłos szamotania się z zamkiem (Tom potrafi otwierać je wsuwką do włosów) i po chwili drzwi się otworzyły.
- Tess, ile można sie… – urwał i spojrzał na moją nagą nogę, którą podkuliłam tuż pod brodę. Druga było swobodnie spuszczona na podłogę, obok wanny. – Coś ty sobie zrobiła?
Spojrzałam na swoje udo i zamarłam. Widniało na nim jeszcze wycięcie nożyczkami… Ten pentagram…
- N-nic – wyjąkałam i przykryłam szybko nogę ręcznikiem.
- Tess, to na serio nie jest…
- Ja to wiem! Tom, ja naprawdę to wszystko wiem! Proszę, zapomnij o tym! – krzyknęłam, zrywając się z wanny, na której siedziałam i stając przed nim, patrząc w te czekoladowe oczy.
- Ale obiecaj, że…
- Nie, Tom, niczego ci nie obiecam! To może być silniejsze ode mnie! Nie wiem, to dopiero początek, nie znam swej przyszłości!
- Ale Tess, postaraj się cho…
Przerwałam mu po raz trzeci.
- Powiedziałam, Tom! Niczego nie obiecuję! – krzyknęłam i wybiegłam z łazienki.
Pobiegłam do pokoju mojego i Billa, po czym rzuciłam się na łóżko, chowając pod kołdrą aż po szyję i wpatrując nieruchomo w drzwi. Wiedziałam, że Tom nie da za wygraną, był zbyt stanowczy, nie odpuszczał tak łatwo.
Po chwili rozległo się pukanie. Mimo tego, że nic nie powiedziałam drzwi i tak się otwarły. Wszedł przez nie Tom, ciągnąc po ziemi swoje o trzy rozmiary za duże spodnie, nieskutecznie podwinięte. Usiadł obok mnie na łóżku.
- Tess, ja wiem, że ci jej brak… – zaczął miękko.
- Tom, błagam, daj mi spokój… – jęknęłam, chowając się pod kołdrę, chcąc tym samym zakończyć tą bezsensowną rozmowę.
- Ale to jeszcze nie powód, aby się ciąć… – ciągnął dalej nie zważając na moje protesty. – To nie jest warte twojej kr… – urwał, wyraźnie zmieszany.
Wynurzyłam się spod kołdry i spojrzałam na niego ostro. Każde słowo dygotało teraz od wściekłości.
- Rachel nie jest warta mojej krwi?! Nie, ona jest warta dużo więcej! Ona jest warta więcej niż całe moje skopane życie! – krzyknęłam.
- Nie to miałem na myśl… – nie dokończył, bo znowu mu przerwałam.
- No to, ku*wa, co?! Proszę, nie kłam mi jeszcze w żywe oczy i zostaw mnie najlepiej w spokoju! – wrzasnęłam i odwróciłam do niego tyłem.
Usłyszałam trzask drzwiami, a chwilę wcześniej łóżko zostało oswobodzone z ciężaru pięćdziesięciu kilogramów.
- Nie zrozumiesz, Tom… – wyszeptałam do pustki pokoju, a łzy znowu zagościły w mych oczach.

Przepraszam

Styczeń 27th, 2010 by admin

Przepraszam, że nie piszę.
Przepraszam, że nie czytam.
Przepraszam, że nie komentuję.
Przepraszam… za wszystko.
Wszystko to spowodowane panicznym strachem. Spowodowanym niczym. Boję się ludzi, boję się ich słów, ich spojrzenia… mało rozmawiam przez gadu-gadu, lecz to przez to, że się boję… Otworzył się we mnie jakiś dziwny lęk i nie wiem, jak go przełamać…
Moja siostra odkryła, że się ostatnio pocięłam żyletką. Teraz jeszcze boję się, bo wciąż mówi, że mnie wsypie rodzicom “dla mojego dobra”. Jednak jej chodzi tylko o dobrą opinię u rodziców i satysfakcję.
Dziękuję Wam wszystkim. Wasze kmentarze działają na mnie pozytywnie. Każda pocieszająca rozmowa jest niczym jedna tabletka, doprowadzająca mnie powoli do zdrowia…
Jednak teraz rozmowa ze ną już nie jest prosta. Bo ja się po prostu boję. Boję się ludzi. Boję się rozmowy. Boję się wszystkiego.
Przy życiu podtrzymuje mnie wrodzona chęć życia. Oraz Olka. To głównie jej powinniście dziękować za to, że się jeszcze nie wysłałam do szpitala…
To także Wasza zasługa. Po Waszych pocieszeniach czuję, że jeszcze mam dla kogo żyć, dla kogo pisać, w kim znaleźć pocieszenie. I dziękuję Wam za to.

Kto chce mnie znaleźć, niech szuka na moim drugim blogu

czesc 2

Styczeń 22nd, 2010 by admin

czesc 2
-Caroline, gdzie jedziemy?
Pytala Nicol wsiadajac do slicznego samochodu
-do centrum chandlowego, musimy ci kupic jakies ubrania, kosmetyki, wszystko co będzie ci potrzebne
Mowila Caroline z usmiechem od ucha do ucha
-a…może…mogę o cos…zapytac..?
Mowila jakajac się chyba troszke poddenerwowana Nicol
-tak ovczywiscie
Powiedziala do niej Caroline i już miala zamiar odjezdzac z pod budynku domu dziecka
-czy…no….a…mogla by… mogla bys zabrac do nas na tydzien moja przyjaciolke? Ona teraz zostala calkiem sama!
Wydusila z siebie Nicol
-oczywiście, jak bylam w twoim wieku, tez mialam taka przyjaciolke z domu dziecka…miala na imie Bianca…bardzo ja kochalam…
Mowila zamyslona Caroline
-dobra dziecko biegnij po ta dziewczynke a ja pojde powiadomic pania Steffi
Nicol pobiegla do Juli, zastala ja placzaca na lozku, gdy Nicol weszla do pokoju Juli krzyknela:
-proszę, odejdz z tad, nie wazne kim jestes, nie ran mnie, bo cierpie, tylko odejdz…
Mowila dziewczynka zaplakanym blakalnym glosem
-Juli, to ja, Nicol, pakuj manatki, jedziemy!
Mowila jakby szeptem przerazona nastrojem przyjaciolki Nicol
-AAAAAAAAAAAa kocham cie!
Zaczela krzyczec i skakac rozradowana Juli
-przesadzasz, chodz już!
Dziewczynki wyszly i wsiadly do samochodu czekajac na Caroline
-to jest Tatiana-przyjaciolka Caroline a to jest Juli-moja przyjaciolka
Przedstawiala sobie dziewczyny zadowolona Nicol
Caroline wychodzac z budynku krzyknela:
-Nicol skarbie! Mamy twoja przyjaciolke na dwa tygodnie!
Krzyczala machajac jakimis kartkami
Dziewczynki bardzo się ucieszyly i uradowane zaczely się przytulac
-Caroline to jest Juli
Nicol przedstawila je sobie
-tak, wiem, podpisywalam przeciez papiery
Usmiechnela się Caroline
-no to jak jedziemy na te zakupy?
-no jedz!
Krzyknela Tatiana
*W CENTRUM HANDLOWYM*
-wiec ty Nicol bierzesz Juli i bierzcie sobie co tylko wam się spodoba, każdy kosmetyk, kazde ubranie, wszystko! Nie patrzac na cene! Nie wazne ile kosztuje, bierzcie co chcecie! Za godzine widzimy się na tym korytarzu i idziemy do kasy za wszystko placic
powiedziala rozkazujaco, ale z usmiechem Caroline
-ja z Tatiana pojdziemy poogladac cos dla siebie
-ok., to za godzine tutaj!
Krzyknela już odchodzaca z przyjaciolka Nicol.

CND. Mam nadzieje ze fajne…może deczko krotkie, ale dodaje codziennie i to się liczy ;)