Ech… Wybaczcie, że tak długo, i w dodatku nie mam nowego szablonu. Brak weny. Brak dostępu do drugiego kompa, przez co konflikty z szablonem.
W notce mogą wystąpić błędy, gdyż wykasowali mi Worda… Jak znowu zainstaluję, to poprawię ^^’.
Ach… I proszę, nie atakujcie mnie na gg ciągłymi pytaniami “kiedy nowa nota?”, bo to męczy… Zwłaszcza, gdy niektórzy do mnie piszą tylko i wyłącznie po to…
*
Odtwarzacz połknął kasetę.
Poprosiłam dawną koleżankę z Polski, aby mi przesłała film. Po polsku. W tym pięknym języku…
Przycisnęłam parę przycisków. Obraz pociemniał, by po chwili rozjaśniły go litery “Karol. Człowiek, który został papieżem”.
Odetchnęłam głęboko. Nigdy nie miałam odwagi go obejrzeć. Bałam się. Bałam się tego, co zobaczę. Ale teraz musiałam. Nadszedł mój czas…
Koniec. Mijają trzy godziny. Minęły dwie części. A ja? Ja siedzę, z zaschniętymi łzami na policzkach, z błyszczącymi oczyma. Błyszczącymi z podziwu. Z miłości.
“Nam nie wolno nienawidzieć… Musimy kochać!”
“Zwyciężymi miłością, a nie bronią…”
“Na tej skale zbudujemy Kościół nasz!”
“Żydowskie dzieci nie mają nóg… One mają skrzydła!”
Nowe łzy popłynęły mi po policzkach. To wszystko było takie prawdziwe… Takie realne…
- Ty pieprznięta egoistko… – wyszeptałam sama do siebie, zaciskając pięści. Ze złością.
Poduliłam pod siebie nogi, patrząc w okno. W ciemność za nim, która zdawała się być teraz jasnością. Wszystko nagle zmieniło swą barwę. Wszystko zmieniło swój wygląd.
Kolory odżyły. Kształty nabrały dziwnej ostrości. Widziałam każdy szczegół. Każdą rysę.
Zaskoczona tym nowym odkryciem zamrugałam nerwowo i rozejrzałam się. Byłam sama.
Podeszłam do wazonu z kwiatami. Dotknęłam ostrożnie wielkiej, czerwonej róży. Pięknej, rozłożystej. Dumnie stojącej w przezroczystym wazonie.
Cofnęłam się, zniesmaczona. Była sztuczna. Dlaczego wcześniej tego nie zauważyłam?
Dotknęłam zimnej szyby z okna, które znajdowało sie tuż za wazonem. Była idealnie gładka, śliska i zimna. A mimo wszystko dostrzegłam rysę w rogo okiennicy.
Przez szkło widać było podwórze, na którym znajdowała się krótko przystrzyżona, żółtawa trawa, odsłaniając w niektórych miejscach płaty brunatnej ziemi.
Cofnęłam się na kanapę i osunęłam się na nią ciężko. Coś… Coś się zmieniło.
- Bill? – zawołałam niepewnie w stronę schodów.
Odpowiedziały mi kroki schodzącego chłopaka, który po chwili ułożył ręce na oparciu kanapy.
- Coś się stało? – zapytał, odgarniając kosmyk mych ciemnych włosów za ucho.
- Chyba… Chyba tak – odparłam niepewnie, wpatrując się w niego. On… On też sie zmienił.
- To znaczy? – zaniepokoił się, obchodząc dookoła kanapę i siadając obok mnie.
- Wszystko jest takie… inne – wykrztusiłam. Rany. Jestem żałosna. Widząc jego wciąż pytający wzrok dodałam. – No bo… Nagle zauważyłam wszystkie szczegóły, których do tej pory nie dostrzegałam.
- Co oglądałaś? – zapytał miękko Bill.
- “Karol. Człowiek, który został papieżem” – odparłam zaskoczona.
- Nic ci nie będzie – uśmiechnął się i poczochrał mnie po głowie.
Nie odpowiedziałam, tylko spojrzałam na jego dłonie. Takie ciepłe. Takie miękkie. Takie przyjazne.
Nie życzy mi źle. Kocha mnie. Czułam to wyraźnie.
Zaśmiałam się w duchu z własnej głupoty. Przecież wiedziałam, że mnie kocha. Wiedziałam dobrze.
- Kocham cię wiesz? – zapytałam, uśmiechając się lekko.
- Ja ciebie również – pocałował mnie w czoło. Tym razem ja go poczochrałam.
- Ale już koniec te sielanki – roześmiałam się niepewnie. Czułam się conajmniej… Dziwnie.
- Jak sobie życzysz – uśmiechnał się, wyjątkowo pogłaskał po głowie, ujarzmiając sterczące kosmyki i wyszedł z pokoju. Po chwili jednak cofnął sie i dodał: – Idź spać, sen dobrze ci zrobi.
Jak on to robi, że zawsze wszystko wie?
- Tess?
- Ho?
- Przestań z tym “ho”!
- No dobra…
Ostatnio miałam zabawny zwyczaj mówienia zamiast “co” – “ho”, co koszmarnie irytowało Toma.
- Mam ochotę na wesołe miasteczko, które niedawno przyjechało.
- A ty nie za stary? – zaczęłam sie śmiać.
- Na zabawę nigdy nie za duży – uśmiechnął się. – Idę po Billa, ubieraj się.
- No dobra, tylko bez zbytnich szaleństw.
- Dobra…
Musiałam na siebie uważać. Byłam odpowiedzialna za dziecko, które w sobie nosiłam.
Poszłam do przedpokoju, szukając wśród stosu adidasów Toma i Billa moich czerwonych trampków. Odrzuciłam białe, a właściwie szare buty Toma, i znalazłam jdnego. Po chwili znalazł się i drugi.
Właśnie kończyłam sznurować drugiego, gdy z czwartego stopnia schodów zeskoczył Bill, a za nim zbiegł Tom. Im wystarczyło wsadzenie stóp do adidasów, nie musieli sie męczyć ani z wiązaniami, ani z zapinaniem zamka, który non stop się zacinał.
Po dziesięciu minutach wyszliśmy na zalane marcowym słońcem podwórze. Jego promienie delikatnie omiotły moją twarz, a lekki wiatr rozczesał włosy. Było dość ciepło, na tyle, aby móc bez ryzyka wyjść w wiosennej kurtce.
Spojrzałam z uśmiechem na przebiśniegi, rosnące w ogródku pani Kaulitz, dzielnie trzymające się mimo mrozu. Śnieg jeszcze do końca nie stopniał, na krawężnikach, w różnych dziurach czy pod krzakami leżały jeszcze kępy. Tam, gdzie go nie było, wyciągała się ku niebu zgnioło-zielona trawa.
Wokół nie było dużego ruchu. Od czasu do czasu ktoś przeszedł, kierując sie ku porannym zakupom, lecz o wiele częściej były to fanki, proszące Billa bądź Toma o wspólne zdjęcie i autograf.
Sława jest ciężka.
Po drodze półgodzinnej, którą sama pokonałabym w dziesięć minut, doszliśmy do czerwono-białego ogrodzenia, otaczającego niewielkie miasteczko. Widziałam dużo lepsze, ale mogłam się tym zadowolić.
- Ja chcę kosze! – zawołałam.
- Potem “Hully-Gully” – powiedział Bill.
- I samochody – zakończył Tom.
Skierowaliśmy się ku białej kasie. Jako jedyna była biała, wszystko wokół było poobklejane wizerunkami rysunkowych gwiazd show-biznesu.
- Trzy “Quicky” – zaczęłam, patrząc na cennik. – Trzy “Hully-Gully” i trzy samochody.
- Czternaście euro – odparła sprzedawczyni z lekkim uśmiechem.
- Proszę – podałam jej pieniądzę, jednocześnie lekko wstrząśnięta, jak szybko je tu zdobywają.
Skierowaliśmy się ku dwóm koszom “przyczepionym” do kręcącej się platformy, jednocześnie znajdujących się na dwóch mniejszych.
Podaliśmy bilety i usadowiliśmy się w jednym z nich. Nikogo poza nami nie było.
- Gotowi? – zapytał Bill z błyskiem w oku.
- Na wszystko! – zakrzyknęłam radośnie, chwytając się ubezpieczenia w postaci dwóch poręczy.
- No to jazda!
Początek zawsze najfajniejszy. Wszystko wokół nabiera tempa, świat zaczyna się zabawnie kręcić.
- Łaaa! – krzyknęłam, jednocześnie dławiąc się radosnym śmiechem.
- Ej, spójrzcie na niebo! – krzyknął Bill, podnosząc wzrok ku niebieskiemu sklepieniu.
- Ha! Nawet niebo kręci się wokół nas! – zaczęłam sie histerycznie śmiać.
- Ha, ha, ha, Tess, uspokój się! – Tom zaczął się śmiać, szturchając mnie ręką. Był tuż obok, więc nie był to trudny wyczyn.
- Nie! – krzyknęłam, po czym zaczęłam piszczeć i krzyczeć.
Nie patrzyłam na to, że Tom i Bill śmieją się ze mnie na całego. Wyciągałam przed siebie ręce, krzycząc radośnie. Nareszcie mogłam się tak prawdziwie zabawić.
- O nie… Zwalnia… – jęknął Bill. – Koniec?
- Chyba tak… – jęknął Tom, który zrobić się nagle zielony na twarzy.
Ale nie. Kosz zaczął się kręcić w drugą stronę z, jak się wydawało, zdwojoną szybkością.
- Szybciej, szybciej! – wrzeszczałam jak głupia.
Skończyło się. Końce najgorsze. Czułam, jak wszystko podchodzi mi do gardła, a świat niebezpiecznie wiruje wokół mnie. I to nie podobało mi się tak bardzo, jak wewnątrz kosza.
- Czy wam też chce się rzygać? – zapytał nas Tom, miotając wokół nieprzytomnymi oczyma.
- Głupie pytanie – jęknał Bill, opierając się o najbliższe drzewo.
- Ha, ha, umieram… – zaśmiałam się cicho.
Chwiejnym krokeim poszłam w stronę sklepu na kółkach, gdzie można było kupić coś do picia. Wybrałam wodę mineralną.
Wróciłam do bliźniaków, co chwila potykając się o kępki trawy.
- Jedzenie kiełbasy z musztardą przed wyjściem nie było najlepszym pomysłem – stwierdził Tom, biorąc ode mnie butelkę i opróżniając ją do połowy.
- Tak, jak moje Cini Minis z mlekiem – zaśmiałam się słabo, wyrywając Tomowi wodę i podając Billowi.
- Chodźcie na samochody, po Hully-Gully byłoby nam dosć… eee… ciężko – stwierdził czarnowłosy.
Każdy zajął po jednym. Mój był szaro-czerwony, Billa szaro-zielony, zaś Toma – ku ogólnemu rozbawieniu – szaro-różowy.
- Strzeż się! – krzyknęłam, natychmiast atakując Billa. Efektem była stłuczka, przez którą odrzuciło i jego, i mnie.
Tłukliśmy się jak banda bałwanów, gdy nagle od tyłu wjechał we mnie samochodzik nie należący ani do Billa, ani do Toma. Natychmiast się odwróciłam i ujrzałam blondwłosą dziewczynę w szaro-żółtym samochodziku.
Obróciłam samochodzik i zaatakowałam ją od przodu. Roześmiała się i zaczęła uciekać, kręcąc kierownicą z zawrotną szybkością, wymijając pozostałe samochody.
Udało mi isę ją dogonić, ale teraz to ja musiałam uciekać. Ze śmiechem ganiałysmy się po całej sali, aż nagle poczułam, że nie mam kontroli nad samochodzikiem.
Czas się kończył.
- To było dobre! – zawołała blondwłosa po wyjściu z samochodu, po czym przybiłysmy sobie piątki. – Eva jestem.
- Tess – odparłam z uśmiechem.
- Ta sławna Tess, dziewczyna jeszcze bardziej sławnego Billa Kaulitza i jego równie sławnego brata? – zaśmiała się. – Wyszczerzyłam zęby w geście potwierdzenia. – Czytałam o tobie w gazecie.
- Ach… – Mój uśmiech zbladł.
- Daj spokój, każdej sie moze zdarzyć – mrugnęła do mnie, po czym zwróciła do Billa i Toma, którzy podeszli do nas. – Nieźle jeździcie. Nie sądziłam, że gwiazdy mają na to czas.
- Na zabawę zawsze się znajdzie – zaśmiał się Tom.
- A tak w ogóle, to Eva jestem. Nie musicie się przedstawiać, wiem, kim jesteście – roześmiała się. Miała przyjazny, ciepły śmiech. Nie drwiący, nie szyderczy. Miły dla ucha, lekki.
- Idziesz z nami na Hully-Gully? – zaproponował Bill, wskazując na wielką karuzelę w postaci sporego krążka.
- Jasne! – uśmiechnęła się.
Poszliśmy w stronę koła. Ja i Eva z przodu, Bill i Tom nieco z tyłu. Blondynie dosłownie nie zamykały isę usta – wciąż mówiła, jakby nigdy w życiu nie rozmawiała z człowiekiem. Komentowałam to głównie śmiechem, gdyż ogólnie były to wesołe rzeczy.
Podaliśmy bilety i usiedliśmy na podwójnych ławkach. Ja z Billem, Tom z Evą. Widocznie nie onieśmielała ją obecność gwiazdy, gdyż zaraz zaczęła zasypywać Toma różnymi pytaniami.
Koło ruszyło. Najpierw obroty były wolne, z czasem jednak nabierało prędkości i wysokości. Obracało się, kręciło, jakby usiłując za wszelką cenę wyrzucić nas zza zabezpieczenia.
- Wydaje mi się, że ta barierka zaraz runie – podzieliłam się swoim przeczuciem z Billem.
- Trudno – wzruszył ramionami, uśmiechając się jednocześnie.
Nigdy się niczym nie przejmował.
Eva piszczała jak szalona po drugiej stronie koła. Tom śmiał się głośno. Samej zachciało mi się śmiać, gdy na nich patrzyłam. Blondynka machająca obecnie dziko nogami i potrząsająca kaskadą włosów odcieniu słomy i blondyn, kiwający sie do przodu i do tyłu, krztusząc się śmiechem.
- Było świetnie! – zawołała czerwona na twarzy Eva, gdy wyszliśmy dziesięć minut później z miasteczka z wielkimi watami cukrowymi w dłoniach.
- Dawno się tak nie bawiłam! – dodałam, potrząsając jednocześnie włosami, do których przykleiły się kawałki waty. – Ale jak na razie, to starczy mi na rok.
- Mi na miesiąc nie starcza, a tobie na rok? – zaśmiała się blondyna.
- Obecnie… Muszę się oszczędzać – stwierdziłam.
Pokiwała głową i zajęła się rozmową z Billem.
Potrafiła trajkotać przez cały czas bez przerwy, jednak to wcale mi nie przeszkadzało, jak w przypadku Suzie. Głos miała wesoły, przesycony chęcią życia. Tak samo się poruszała – energicznie, zdawało się, że w nogach ma sprężyny.
Włosy miała lekko kręcone, sięgające łopatek. Usta leciutko wygięte ku górze, jakby przyzwyczajone do ciągłego uśmiechu. Oczy… Niebieskie. Błyszczące, jasne. Przyjazne.
- Idziemy do nas? – zapytał Tom, gdy znaleźliśmy się niedaleko domu bliźniaków.
Eva jakby lekko zamroziło. W jej oczach błysnęła nuta niepewności, jakby strachu. Jednak po chwili znów zastąpiły ją radosne iskierki.
- Oczywiście!
Dom był pusty, rodzice bliźniaków wyszli do znajomych. Weszliśmy po kamiennych schodkach, najpierw przechodząc przez drewnianą furtkę. Tom zaczął szukać kluczy, a my siedliśmy na szarym kamieniu.
- No i co z tymi kluczami? – zapytał Bill, niecierpliwie wystukując palcami jakiś rytm o drugą dłoń.
- Chyba je zgubiłem! – jęknął Tom.
- Wiedziałam – westchęłam, wydziągając swój pęk, którym mnie uraczono przed kilkoma tygodni, i otwierając drzwi.
- Złota dziewczyna! – Tom poczochrał mnie po głowie i wszedł za mną do domu.
