Member Login

Lost your password?

Registration is closed

Sorry, you are not allowed to register by yourself on this site!


Wesołe miasteczko

Maj 9th, 2010 by admin

Ech… Wybaczcie, że tak długo, i w dodatku nie mam nowego szablonu. Brak weny. Brak dostępu do drugiego kompa, przez co konflikty z szablonem.
W notce mogą wystąpić błędy, gdyż wykasowali mi Worda… Jak znowu zainstaluję, to poprawię ^^’.
Ach… I proszę, nie atakujcie mnie na gg ciągłymi pytaniami “kiedy nowa nota?”, bo to męczy… Zwłaszcza, gdy niektórzy do mnie piszą tylko i wyłącznie po to…

*

Odtwarzacz połknął kasetę.
Poprosiłam dawną koleżankę z Polski, aby mi przesłała film. Po polsku. W tym pięknym języku…
Przycisnęłam parę przycisków. Obraz pociemniał, by po chwili rozjaśniły go litery “Karol. Człowiek, który został papieżem”.
Odetchnęłam głęboko. Nigdy nie miałam odwagi go obejrzeć. Bałam się. Bałam się tego, co zobaczę. Ale teraz musiałam. Nadszedł mój czas…

Koniec. Mijają trzy godziny. Minęły dwie części. A ja? Ja siedzę, z zaschniętymi łzami na policzkach, z błyszczącymi oczyma. Błyszczącymi z podziwu. Z miłości.
“Nam nie wolno nienawidzieć… Musimy kochać!”
“Zwyciężymi miłością, a nie bronią…”
“Na tej skale zbudujemy Kościół nasz!”
“Żydowskie dzieci nie mają nóg… One mają skrzydła!”
Nowe łzy popłynęły mi po policzkach. To wszystko było takie prawdziwe… Takie realne…
- Ty pieprznięta egoistko… – wyszeptałam sama do siebie, zaciskając pięści. Ze złością.
Poduliłam pod siebie nogi, patrząc w okno. W ciemność za nim, która zdawała się być teraz jasnością. Wszystko nagle zmieniło swą barwę. Wszystko zmieniło swój wygląd.
Kolory odżyły. Kształty nabrały dziwnej ostrości. Widziałam każdy szczegół. Każdą rysę.
Zaskoczona tym nowym odkryciem zamrugałam nerwowo i rozejrzałam się. Byłam sama.
Podeszłam do wazonu z kwiatami. Dotknęłam ostrożnie wielkiej, czerwonej róży. Pięknej, rozłożystej. Dumnie stojącej w przezroczystym wazonie.
Cofnęłam się, zniesmaczona. Była sztuczna. Dlaczego wcześniej tego nie zauważyłam?
Dotknęłam zimnej szyby z okna, które znajdowało sie tuż za wazonem. Była idealnie gładka, śliska i zimna. A mimo wszystko dostrzegłam rysę w rogo okiennicy.
Przez szkło widać było podwórze, na którym znajdowała się krótko przystrzyżona, żółtawa trawa, odsłaniając w niektórych miejscach płaty brunatnej ziemi.
Cofnęłam się na kanapę i osunęłam się na nią ciężko. Coś… Coś się zmieniło.
- Bill? – zawołałam niepewnie w stronę schodów.
Odpowiedziały mi kroki schodzącego chłopaka, który po chwili ułożył ręce na oparciu kanapy.
- Coś się stało? – zapytał, odgarniając kosmyk mych ciemnych włosów za ucho.
- Chyba… Chyba tak – odparłam niepewnie, wpatrując się w niego. On… On też sie zmienił.
- To znaczy? – zaniepokoił się, obchodząc dookoła kanapę i siadając obok mnie.
- Wszystko jest takie… inne – wykrztusiłam. Rany. Jestem żałosna. Widząc jego wciąż pytający wzrok dodałam. – No bo… Nagle zauważyłam wszystkie szczegóły, których do tej pory nie dostrzegałam.
- Co oglądałaś? – zapytał miękko Bill.
- “Karol. Człowiek, który został papieżem” – odparłam zaskoczona.
- Nic ci nie będzie – uśmiechnął się i poczochrał mnie po głowie.
Nie odpowiedziałam, tylko spojrzałam na jego dłonie. Takie ciepłe. Takie miękkie. Takie przyjazne.
Nie życzy mi źle. Kocha mnie. Czułam to wyraźnie.
Zaśmiałam się w duchu z własnej głupoty. Przecież wiedziałam, że mnie kocha. Wiedziałam dobrze.
- Kocham cię wiesz? – zapytałam, uśmiechając się lekko.
- Ja ciebie również – pocałował mnie w czoło. Tym razem ja go poczochrałam.
- Ale już koniec te sielanki – roześmiałam się niepewnie. Czułam się conajmniej… Dziwnie.
- Jak sobie życzysz – uśmiechnał się, wyjątkowo pogłaskał po głowie, ujarzmiając sterczące kosmyki i wyszedł z pokoju. Po chwili jednak cofnął sie i dodał: – Idź spać, sen dobrze ci zrobi.
Jak on to robi, że zawsze wszystko wie?

- Tess?
- Ho?
- Przestań z tym “ho”!
- No dobra…
Ostatnio miałam zabawny zwyczaj mówienia zamiast “co” – “ho”, co koszmarnie irytowało Toma.
- Mam ochotę na wesołe miasteczko, które niedawno przyjechało.
- A ty nie za stary? – zaczęłam sie śmiać.
- Na zabawę nigdy nie za duży – uśmiechnął się. – Idę po Billa, ubieraj się.
- No dobra, tylko bez zbytnich szaleństw.
- Dobra…
Musiałam na siebie uważać. Byłam odpowiedzialna za dziecko, które w sobie nosiłam.
Poszłam do przedpokoju, szukając wśród stosu adidasów Toma i Billa moich czerwonych trampków. Odrzuciłam białe, a właściwie szare buty Toma, i znalazłam jdnego. Po chwili znalazł się i drugi.
Właśnie kończyłam sznurować drugiego, gdy z czwartego stopnia schodów zeskoczył Bill, a za nim zbiegł Tom. Im wystarczyło wsadzenie stóp do adidasów, nie musieli sie męczyć ani z wiązaniami, ani z zapinaniem zamka, który non stop się zacinał.
Po dziesięciu minutach wyszliśmy na zalane marcowym słońcem podwórze. Jego promienie delikatnie omiotły moją twarz, a lekki wiatr rozczesał włosy. Było dość ciepło, na tyle, aby móc bez ryzyka wyjść w wiosennej kurtce.
Spojrzałam z uśmiechem na przebiśniegi, rosnące w ogródku pani Kaulitz, dzielnie trzymające się mimo mrozu. Śnieg jeszcze do końca nie stopniał, na krawężnikach, w różnych dziurach czy pod krzakami leżały jeszcze kępy. Tam, gdzie go nie było, wyciągała się ku niebu zgnioło-zielona trawa.
Wokół nie było dużego ruchu. Od czasu do czasu ktoś przeszedł, kierując sie ku porannym zakupom, lecz o wiele częściej były to fanki, proszące Billa bądź Toma o wspólne zdjęcie i autograf.
Sława jest ciężka.
Po drodze półgodzinnej, którą sama pokonałabym w dziesięć minut, doszliśmy do czerwono-białego ogrodzenia, otaczającego niewielkie miasteczko. Widziałam dużo lepsze, ale mogłam się tym zadowolić.
- Ja chcę kosze! – zawołałam.
- Potem “Hully-Gully” – powiedział Bill.
- I samochody – zakończył Tom.
Skierowaliśmy się ku białej kasie. Jako jedyna była biała, wszystko wokół było poobklejane wizerunkami rysunkowych gwiazd show-biznesu.
- Trzy “Quicky” – zaczęłam, patrząc na cennik. – Trzy “Hully-Gully” i trzy samochody.
- Czternaście euro – odparła sprzedawczyni z lekkim uśmiechem.
- Proszę – podałam jej pieniądzę, jednocześnie lekko wstrząśnięta, jak szybko je tu zdobywają.
Skierowaliśmy się ku dwóm koszom “przyczepionym” do kręcącej się platformy, jednocześnie znajdujących się na dwóch mniejszych.
Podaliśmy bilety i usadowiliśmy się w jednym z nich. Nikogo poza nami nie było.
- Gotowi? – zapytał Bill z błyskiem w oku.
- Na wszystko! – zakrzyknęłam radośnie, chwytając się ubezpieczenia w postaci dwóch poręczy.
- No to jazda!
Początek zawsze najfajniejszy. Wszystko wokół nabiera tempa, świat zaczyna się zabawnie kręcić.
- Łaaa! – krzyknęłam, jednocześnie dławiąc się radosnym śmiechem.
- Ej, spójrzcie na niebo! – krzyknął Bill, podnosząc wzrok ku niebieskiemu sklepieniu.
- Ha! Nawet niebo kręci się wokół nas! – zaczęłam sie histerycznie śmiać.
- Ha, ha, ha, Tess, uspokój się! – Tom zaczął się śmiać, szturchając mnie ręką. Był tuż obok, więc nie był to trudny wyczyn.
- Nie! – krzyknęłam, po czym zaczęłam piszczeć i krzyczeć.
Nie patrzyłam na to, że Tom i Bill śmieją się ze mnie na całego. Wyciągałam przed siebie ręce, krzycząc radośnie. Nareszcie mogłam się tak prawdziwie zabawić.
- O nie… Zwalnia… – jęknął Bill. – Koniec?
- Chyba tak… – jęknął Tom, który zrobić się nagle zielony na twarzy.
Ale nie. Kosz zaczął się kręcić w drugą stronę z, jak się wydawało, zdwojoną szybkością.
- Szybciej, szybciej! – wrzeszczałam jak głupia.
Skończyło się. Końce najgorsze. Czułam, jak wszystko podchodzi mi do gardła, a świat niebezpiecznie wiruje wokół mnie. I to nie podobało mi się tak bardzo, jak wewnątrz kosza.
- Czy wam też chce się rzygać? – zapytał nas Tom, miotając wokół nieprzytomnymi oczyma.
- Głupie pytanie – jęknał Bill, opierając się o najbliższe drzewo.
- Ha, ha, umieram… – zaśmiałam się cicho.
Chwiejnym krokeim poszłam w stronę sklepu na kółkach, gdzie można było kupić coś do picia. Wybrałam wodę mineralną.
Wróciłam do bliźniaków, co chwila potykając się o kępki trawy.
- Jedzenie kiełbasy z musztardą przed wyjściem nie było najlepszym pomysłem – stwierdził Tom, biorąc ode mnie butelkę i opróżniając ją do połowy.
- Tak, jak moje Cini Minis z mlekiem – zaśmiałam się słabo, wyrywając Tomowi wodę i podając Billowi.
- Chodźcie na samochody, po Hully-Gully byłoby nam dosć… eee… ciężko – stwierdził czarnowłosy.
Każdy zajął po jednym. Mój był szaro-czerwony, Billa szaro-zielony, zaś Toma – ku ogólnemu rozbawieniu – szaro-różowy.
- Strzeż się! – krzyknęłam, natychmiast atakując Billa. Efektem była stłuczka, przez którą odrzuciło i jego, i mnie.
Tłukliśmy się jak banda bałwanów, gdy nagle od tyłu wjechał we mnie samochodzik nie należący ani do Billa, ani do Toma. Natychmiast się odwróciłam i ujrzałam blondwłosą dziewczynę w szaro-żółtym samochodziku.
Obróciłam samochodzik i zaatakowałam ją od przodu. Roześmiała się i zaczęła uciekać, kręcąc kierownicą z zawrotną szybkością, wymijając pozostałe samochody.
Udało mi isę ją dogonić, ale teraz to ja musiałam uciekać. Ze śmiechem ganiałysmy się po całej sali, aż nagle poczułam, że nie mam kontroli nad samochodzikiem.
Czas się kończył.
- To było dobre! – zawołała blondwłosa po wyjściu z samochodu, po czym przybiłysmy sobie piątki. – Eva jestem.
- Tess – odparłam z uśmiechem.
- Ta sławna Tess, dziewczyna jeszcze bardziej sławnego Billa Kaulitza i jego równie sławnego brata? – zaśmiała się. – Wyszczerzyłam zęby w geście potwierdzenia. – Czytałam o tobie w gazecie.
- Ach… – Mój uśmiech zbladł.
- Daj spokój, każdej sie moze zdarzyć – mrugnęła do mnie, po czym zwróciła do Billa i Toma, którzy podeszli do nas. – Nieźle jeździcie. Nie sądziłam, że gwiazdy mają na to czas.
- Na zabawę zawsze się znajdzie – zaśmiał się Tom.
- A tak w ogóle, to Eva jestem. Nie musicie się przedstawiać, wiem, kim jesteście – roześmiała się. Miała przyjazny, ciepły śmiech. Nie drwiący, nie szyderczy. Miły dla ucha, lekki.
- Idziesz z nami na Hully-Gully? – zaproponował Bill, wskazując na wielką karuzelę w postaci sporego krążka.
- Jasne! – uśmiechnęła się.
Poszliśmy w stronę koła. Ja i Eva z przodu, Bill i Tom nieco z tyłu. Blondynie dosłownie nie zamykały isę usta – wciąż mówiła, jakby nigdy w życiu nie rozmawiała z człowiekiem. Komentowałam to głównie śmiechem, gdyż ogólnie były to wesołe rzeczy.
Podaliśmy bilety i usiedliśmy na podwójnych ławkach. Ja z Billem, Tom z Evą. Widocznie nie onieśmielała ją obecność gwiazdy, gdyż zaraz zaczęła zasypywać Toma różnymi pytaniami.
Koło ruszyło. Najpierw obroty były wolne, z czasem jednak nabierało prędkości i wysokości. Obracało się, kręciło, jakby usiłując za wszelką cenę wyrzucić nas zza zabezpieczenia.
- Wydaje mi się, że ta barierka zaraz runie – podzieliłam się swoim przeczuciem z Billem.
- Trudno – wzruszył ramionami, uśmiechając się jednocześnie.
Nigdy się niczym nie przejmował.
Eva piszczała jak szalona po drugiej stronie koła. Tom śmiał się głośno. Samej zachciało mi się śmiać, gdy na nich patrzyłam. Blondynka machająca obecnie dziko nogami i potrząsająca kaskadą włosów odcieniu słomy i blondyn, kiwający sie do przodu i do tyłu, krztusząc się śmiechem.
- Było świetnie! – zawołała czerwona na twarzy Eva, gdy wyszliśmy dziesięć minut później z miasteczka z wielkimi watami cukrowymi w dłoniach.
- Dawno się tak nie bawiłam! – dodałam, potrząsając jednocześnie włosami, do których przykleiły się kawałki waty. – Ale jak na razie, to starczy mi na rok.
- Mi na miesiąc nie starcza, a tobie na rok? – zaśmiała się blondyna.
- Obecnie… Muszę się oszczędzać – stwierdziłam.
Pokiwała głową i zajęła się rozmową z Billem.
Potrafiła trajkotać przez cały czas bez przerwy, jednak to wcale mi nie przeszkadzało, jak w przypadku Suzie. Głos miała wesoły, przesycony chęcią życia. Tak samo się poruszała – energicznie, zdawało się, że w nogach ma sprężyny.
Włosy miała lekko kręcone, sięgające łopatek. Usta leciutko wygięte ku górze, jakby przyzwyczajone do ciągłego uśmiechu. Oczy… Niebieskie. Błyszczące, jasne. Przyjazne.
- Idziemy do nas? – zapytał Tom, gdy znaleźliśmy się niedaleko domu bliźniaków.
Eva jakby lekko zamroziło. W jej oczach błysnęła nuta niepewności, jakby strachu. Jednak po chwili znów zastąpiły ją radosne iskierki.
- Oczywiście!
Dom był pusty, rodzice bliźniaków wyszli do znajomych. Weszliśmy po kamiennych schodkach, najpierw przechodząc przez drewnianą furtkę. Tom zaczął szukać kluczy, a my siedliśmy na szarym kamieniu.
- No i co z tymi kluczami? – zapytał Bill, niecierpliwie wystukując palcami jakiś rytm o drugą dłoń.
- Chyba je zgubiłem! – jęknął Tom.
- Wiedziałam – westchęłam, wydziągając swój pęk, którym mnie uraczono przed kilkoma tygodni, i otwierając drzwi.
- Złota dziewczyna! – Tom poczochrał mnie po głowie i wszedł za mną do domu.

Życie nie jest złe. Nie jest też dobre

Kwiecień 21st, 2010 by admin

Kvetha Fricai!
Moje kochane elfiki, wybaczcie, że tak długo musieliście czekać, ale ostatnio jakoś nie mam weny do pisania ^^. Brakuje też czasu, a duet G&A (Grażyna&Arek – moi rodzice) połączyli siły z Yuli (moją siorą) i maltretują mnie codziennie >_<.
Ech… chyba przyda mi się mały odpoczynek do story.
Wybaczcie, że notka taka krótka, ale jak pisałam wczesniej – weny nie mam.
Rozdział dedykowany Elizabeth-elda, Cherry-elda oraz Black Swan-elda.

*

Stuk, stuk, stuk.
Znowu padał deszcz. Tym razem siedziałam na podłodze pod ścianą, patrząc na smugi spływające po szybie, tworzące zawiłe wzory. Taki wspaniały, deszczowy malunek.
- Widzę, że deszcz ci już nie przeszkadza? – usłyszałam głos Billa wchodzącego do pokoju.
- Wręcz przeciwnie: polubiłam deszcz – odparłam, wciąż wpatrując się w spływające krople.
Bill usiadł obok mnie, obejmując jednocześnie ramieniem. Trwaliśmy w milczeniu. Po prostu byliśmy.
- Wiesz… zastanawiam się, jaka jest przyszłość. Co się w niej wydarzy, co będzie miało miejsce w naszym życiu, co się stanie w życiu naszych bliskich. Z jednej strony ciekawi mnie to, a z drugiej… przeraża – powiedziałam cicho.
- Strach przed nieznanym… – wyszeptał Bill.
- Ale dlaczego? – chciałam znać jego zdanie.
- Zawsze boimy się tego, czego nie znamy… – powiedział wolno Bill. – Bo nie wiesz, co się stanie za rok, za miesiąc, za tydzień, jutro, zaraz… Bo przyszłość nie zawsze jest kolorowa… Z własnego doświadczenia to wiesz. I dlatego pozostaje strach, strach przed jutrem, a jednocześnie paląca ciekawość… Bo życie nie jest złe. Nie jest też dobre. Można określić, że jest tak dobre, jak złe i tak złe, jak dobre. I boimy się, że jutro coś pójść nie tak… ale równocześnie jesteśmy ciekawi życia. Taki już urodził się człowiek – czarnowłosy westchnął.
Milczałam, rozważając jego słowa. „Bo życie nie jest złe. Nie jest też dobre. Można określić, że jest tak dobre, jak złe i tak złe, jak dobre” – to miało sens. Tak było rzeczywiście.
- Bill? – zagadnęłam go.
- Tak?
- Skąd ty to wszystko wiesz?
Uśmiechnął się lekko.
- Z własnego doświadczenia – odparł wymijająco i wstał. – Muszę iść, matka coś chce ode mnie.
Skinęłam głową i znów wpatrzyłam się w krople deszczu. Jak mogłam kiedykolwiek sądzić, że mi przeszkadzają?!
- Tyle rzeczy jeszcze nie wiesz, tylu rzeczy musisz się jeszcze nauczyć… – westchnęłam cicho, śledząc kroplę wody spływającą na parapet.

- Wiesz co, Rachel? Zaczęłam nowe życie… Już się nie tnę, nie płaczę, wiesz?
Kucałam przy grobie mojej siostry. Mówiłam do płyty, to napisu, wiedząc, że na pewno słyszy.
- Tak… Bill mi pomógł. Udowodnił, że deszcz jest muzyką. A świat jest tak zły, jak dobry i tak dobry, jak zły. Zastanawiam się czasem, skąd o n to wie…
Odpowiadał mi jedynie świat wiatru, wprawiający w ruch sczerniałe liście tańczące wokół mnie. Dotknęłam lekko rzeźbionej róży, przejeżdżając palcami po jej kamiennych płatkach.
- Szkoda, że ciebie tu nie ma. Byśmy dalej pomagały sobie nawzajem. Chociaż… ty dalej mi pomagasz. Ja ci pomóc mogę tylko tą rozmową. Ale to przecież tak niewiele… – przerwał mi dźwięk SMSa dochodzący z mojej komórki. „Wracaj, Tess, obiad na stole”. Wiadomość od Toma. – Do widzenia, Rachel, przyjdę tu jeszcze, nie martw się. Kocham cię – wstałam i skierowałam się w stronę żelaznej bramy cmentarza.

„Bo życie nie jest złe. Nie jest też dobre. Można określić, że jest tak dobre, jak złe i tak złe, jak dobre”…
Wciąż myślałam nad tymi słowami. Nad ich sensem. Skoro życie jest na równi, to jacy są ludzie? Dobrzy? Źli? Czy też na równi?
Zapytałam o to Billa.
- Człowiek rodzi się czysty. – odparł. – To otoczenie go kształtuje, tak jak on sam siebie. Jeśli popadnie w melinę, trudno od niego oczekiwać, by był zawsze miły dla każdego. Z drugiej strony, doświadczenia z tym mogą być dla niego zbyt brutalne, dlatego wybierze Białą Ścieżkę. Główna nić należy do osoby kształtowanej.
- A ty jaki jesteś? Dobry, czy zły?
- Ja? Ja jestem tak dobry, jak zły i tak zły, jak dobry – roześmiał się, pocałował mnie w czoło i odszedł.
Sama nie wiedziałam, dlaczego tak bardzo mi zależało na jego zdaniu. To, co mówił różniło się bardzo od tego, czego nauczyli mnie rodzice.
Jednak wiedziałam, że jeśli chcę rozpocząć nowe życie, muszę obrać Billa za nauczyciela.

*

Ta inna Tess

Kwiecień 10th, 2010 by admin

Przepraszam, że wczoraj nie dodałam, ale komp sie zrypał i nei mogłam >_<. Notka nieco krótka, ale nie miałam więcej pomysłu. Będę miała pomysł – dam dłuższą.
Dzisiaj dedykuję notkę wszystkim osobom z for THPoland i Radosnej Twórczości, a także Wam oraz specjalna dedykacja, ze względu, że Kuta(s) mnie tak męczyła, to właśnie dla niej!

*

Stuk, stuk, stuk.
Deszcz delikatnie bębnił w okienne szyby, rozpraszając moje zainteresowanie lekcjami. Zacisnęłam zęby i dalej wpatrywałam się w książkę od historii. Właśnie, wpatrywałam się, nie czytałam. Przy tym stukaniu nie mogłam się skupić.
Bill siedział na łóżku, rysując coś na kartce papieru. Odwróciłam się na chwilę do niego i nasze spojrzenia się skrzyżowały. Uśmiechnął się, jakby chcąc powiedzieć „Kocham cię, moja piękna”. Odwzajemniłam uśmiech.
Od czasu tamtej nocy nasze stosunki między sobą układały się jak najlepiej. Zawsze mieliśmy dla siebie czas, nawet jeśli wliczyć w to wszystkie próby, występy i wywiady.
Stuk, stuk, stuk.
Spojrzałam z irytacją na okno, za którym hulał wiatr spychając krople wody na nasze okno.
- Nie lubię, gdy pada deszcz – oświadczyłam, zamykając z trzaskiem książkę.
- A ja właśnie bardzo. Zawsze dostaję przy nim napływu weny. – odparł Bill gryząc jednocześnie końcówkę ołówka.
- Jak ty możesz pracować przy tym hałasie? – mruknęłam poirytowana.
- Hałasie? – spojrzał na mnie. – Czy ty nie słyszysz?
- Czego? – zdziwiłam się. Byłam w stanie uwierzyć, że Bill zwariował.
- Tego szumu… tego stukotu… tego rytmu… tej melodii… nie słyszysz tej muzyki?
Chociaż usilnie się powstrzymywałam, to jednak spojrzałam na niego dość… dziwnie?
- Ja słyszę tylko walenie w parapet i szyby, zakłócające mój wewnętrzny spokój – stwierdziłam.
Bill westchnął.
- Zamknij oczy – polecił. Zamknęłam powieki. – Skup się na deszczu. Czy słyszysz ten szum? Czy słyszysz ten delikatny, pulsujący życiem stukot? Czy słyszysz tą muzykę?
Na początku stwierdziłam, że to zupełnie bez sensu, a Bill oszalał. Jaka muzyka?
Jednak po chwili usłyszałam. Powiązałam wszystko w całość: stukot, szum, rytm i melodię. Tak, wyszła z tego muzyka… dziwna, nieregularna, poskręcana i niepełna, ale cudowna…
Gdy otworzyłam oczy ujrzałam triumfalny uśmiech Billa. Również się uśmiechnęłam.
- Słyszę… – szepnęłam.
- Ciesz się życiem póki możesz – Bill mrugnął, po czym znowu wziął się na rysowanie, pozostawiając mnie z tą złotą myślą sam na sam, abym mogła się na niej skupić.
„A żebyś wiedział, że się będę cieszyć!” uśmiechnęłam się sama do siebie. „Nauczysz się żyć!”

Następnego dnia humoru nie mogła mi zepsuć nawet nasza matematyczka oraz jej przedmiot. Byłam po prostu za radosna. Zbyt pełna energii. Mój promienny uśmiech opadał na każdą przechodzącą osobę. I nie było od tego ratunku.
- Wróciliśmy! – krzyknęłam radośnie już na progu domu, rzucając w kąt torbę i ściągając czarne glany. Za mną wszedł Bill i Tom.
- Humor dopisuje? – matka bliźniaków uśmiechnęła się.
- I już nic go dzisiaj nie może zepsuć – odpowiedziałam radośnie, wbiegając po schodach na górę, przeskakując co drugi stopień.
- Co ona dzisiaj taka zadowolona? – usłyszałam głos mamy zwracającej się do bliźniaków.
„Zaczynam nowe życie!” pomyślałam, popychając drzwi i wchodząc do pokoju. „Stop smutkowi, dość załamań, nowa Tess przed wami!”
Nie mogłam wciąż rozpamiętywać śmierci Rachel. Nie chciałam myśleć o wizjach Judie. Dość było planowaniu przyszłości. Teraz jest teraźniejszość i trzeba łapać chwilę, póki jest.
Zatrzymałam się. Skąd u mnie te całe przemyślenia? Jeszcze wczoraj nie zdołałabym tak pomyśleć.
Uśmiechnęłam się do siebie i pokręciłam głową. Do czego do Bill mnie doprowadził…
Stanęłam przez lustrem, przekrzywiając głowę raz w lewo, raz w prawo. Moje czarne włosy sięgały już ramion. Były zdecydowanie za długie.
Uśmiechnęłam się figlarnie, po czym wyciągnęłam z biurka nożyczki. Znów stanęłam przed zwierciadłem i uniosłam jeden kosmyk włosów. Niemal natychmiast padł na drewniane panele.
Po pół godzinie zachciało mi się śmiać. Odważyłam się. Odważyłam się zrobić coś, czego sama w życiu bym nie zrobiła. Po prostu stanęłam przed lustrem i ścięłam włosy tak, że pocieniowane sterczały teraz na czubku mojej głowy. Im niżej, tym dłuższe.
- Tess, obiad jest na sto… – drzwi się otworzyły i stanął w nich Bill. Zamarł na widok mej nowej fryzury i całego stosu włosów wokół mnie na podłodze. Nagle zaczął się śmiać.
- Z czego się śmiejesz? – zapytałam lekko zdezorientowana, patrząc na zwijającego się Kaulitza. – Tak źle wyglądam?
- Nie, wyglądasz świetnie, tylko… hahaha… a zresztą! – machnął ręką. – Chodź, bo obiad stygnie.
- No dobra… – uśmiechnęłam się lekko i wyszłam za nim z pokoju.

***

Po raz pierwszy od dłuższego czasu naprawdę się śmiała. Nie był to tylko przelotny uśmiech, który miał za chwilę zgasnąć. Chciała być szczęśliwa. Wiedziała, że Rachel uśmiecha się z nieba, widząc jej radosną minę. Bo tego właśnie pragnęła.
Nic nie mogło zakłócić jej euforii. Stała się pewniejsza siebie. Radosna. Zabawna. Towarzyska. Cegiełka po cegiełce zmieniała swe życie. Na lepsze. Odpędziła smutek. Odegnała bezradność. Chwyciła szczęście. Zasmakowała zwycięstwa. Bo wygrała – wygrała ciemną stronę siebie.

Będzie dobrze, prawda?

Marzec 24th, 2010 by admin

Miała być jutro, będzie dzisiaj. Nie mogłam już dłużej trwać z napisaną notką nie wklejając jej.
Jakby ktoś chciał poczytać dwie moje jednoczęściówki, to w linkach, w dziale “THPoland” przy pseudzie “Tess – Sahade Debl”.
Zazwyczaj nie daję dedykacji, jednak dziś nie mogłam się powstrzymać. Tą notkę dedykuję Shady Lane oraz Cherry.

*

Po przebudzeniu poczułam jakieś straszliwe uczucie, coś jakby niepokój i strach. Natychmiast spojrzałam na Billa, chcąc zobaczyć, czy jest. Był. Mimo to nie poczułam się spokojniejsza.
Miał otwarte oczy. Najwyraźniej czekał, aż się obudzę. A może po prostu nie chciało mu się wstawać? W końcu dzisiaj była sobota.
Usiadłam na łóżku, patrząc na czarnowłosego. Ten również na mnie spojrzał, po czym podniósł się.
Chciałam przekonać się, że jest naprawdę. Zbliżyłam swe usta do jego, zamykając dzielącą nas przestrzeń pocałunkiem. Zarzuciłam mu ręce na szyję, po czym przylgnęłam do niego całym ciałem.
Bill objął mnie w pasie i jeszcze mocniej przyciągnął do siebie. Dopiero teraz poczułam, że jesteśmy bezpieczni. I ja, i Bill. I że nie odejdzie. I… że mnie kocha…
Powoli położył się, a ja obok niego. Przeczesywałam delikatnymi ruchami jego włosy, jeszcze sztywne od poprzedniej stylizacji.
Oderwaliśmy się od siebie. Spojrzałam mu prostu w oczy. Oczy, która tak kochałam. Z wzajemnością…
Po prostu nie mogłam się nie uśmiechnąć, widząc jego rozpromienioną minę. Zapomniałam na tą jedną słodką chwilę o wszystkim – o Rachel, o Judie, o rodzicach. O wszystkim. Liczył się tylko on. I ja. My razem. W tej chwili krzyczałam w myślach słowa podzięki dla losu, który nas ze sobą zetknął.
Znów zjednoczył nas pocałunek. Tym razem głębszy i namiętniejszy od poprzedniego. W ten pocałunek włożyłam całe swe serce, przepełnione miłością do Billa. Chciałam, aby ta chwila trwała wiecznie.
- Dziękuję, że jesteś… – szepnęłam, puszczając swymi wargami jego delikatne usta. – Że pozwalasz zapomnieć mi o tym, co złe…
- Wspólnie pokonamy wszystko… – szepnął.
- Będzie dobrze, prawda? – zapytałam.
- Na pewno – odpowiedział pewnie. Tak pewnie, że od razu poczułam, że wszystko się jakoś ułoży…
- Kocham cię, Bill – powiedziałam, całując go lekko w usta.
- Ja ciebie też – zamruczał, gładząc mnie pod dłoni.

Idąc do łazienki się przebrać spotkałam Toma. Uśmiechnęłam się do niego, co odwzajemnił.
- Możemy porozmawiać? – zapytałam go, zostawiając rzeczy w łazience. Potem się przebiorę.
- Jasne – odparł i otworzył mi drzwi do swojego pokoju, zapraszając mnie gestem dłoni.
Usiadłam na łóżku czekając, aż Kaulitz wejdzie i zajmie jakieś miejsce. Nie czekałam długo.
- Dziękuję ci za wszystko, Tom. Za to, że mnie kryłeś. Dziękuję – podeszłam do niego i pocałowałam w policzek, po czym wróciłam na łóżko. Uśmiechnął się tylko lekko. – Ostatnio już mi nieco lepiej. Staram się zapomnieć o… o tym wszystkim… – poczułam nagły uścisk w gardle.
- Nie jest łatwo, prawda? W końcu była twoją siostrą… a moją dziewczyną… – zmarkotniał.
- Przepraszam, że o tym wspomniałam – potrząsnęłam głową, przecinając powietrze czarnymi włosami.
- Nic się nie stało. Trudno o tym nie pamiętać – odparł smutno.
- To zawsze mi będzie o tym przypominać – powiedziałam, wyciągając do przodu nadal obandażowaną dłoń.
- Ale już nie będziesz tak robić? – zapytał, dotykając bandaży.
- Nie chcę już.. To jest bez sensu. Uświadomiła mi o tym pewna dziewczynka… – powiedziałam, a na moich ustach pojawił się gorzki uśmiech. Widząc zdziwione spojrzenie Toma dodałam. – Tajemnica.
Skinął głową. Jednak w jego oczach zabłysnęło coś jakby… spokój?
- Muszę już iść. Bill czeka – powiedziałam po chwili ciszy, podnosząc się z łóżka.
- Nie ma sprawy – powiedział.
Gdy wychodziłam zauważyłam, że siedzi zapatrzony w okno. Na jego twarzy zauważyłam… łzę?
Zamknęłam cicho drzwi i udałam się do łazienki. Głupio mi było, że wspomniałam w tym momencie o Billu. Jak musi się czuć Tom, gdy umarła jego dziewczyna?
Odruchowo otarłam oczy. „Nie ma sensu rozgrzebywać przyszłości” stwierdziłam ostro, przebierając się „Było, minęło. Zapomnij”.
Coś mi jednak w tym nie pozwalało…

***

Nim się spostrzegłam, nadeszło Boże Narodzenie. Spędzałam je u rodziców, którzy mnie zaprosili. Postanowiłam im wybaczyć to, że mnie wtedy wywalili z domu…
W Wigilię porozdawałam prezenty Kaulitzom, Gustavowi, Georgowi i Alex. Dostałam od nich masę różnych rzeczy – płyty, ciuchy, dodatki do komórki…
Z rodzicami trwałam w zgodzie. Wszystko sobie powyjaśnialiśmy. Po śmierci Rachel już nie mogłam dłużej ich nienawidzić… Mieszkałam jednak dalej u Kaulitzów – tam było jej lepiej, bo miałam się komu wygadać, wypłakać, przytulić… Rodzice zrozumieli.
Wszystko toczyło się normalnym trybem. Rany na dłoni powoli znikały, pozostawiając jasne, wąskie blizny. Powoli godzono się ze śmiercią Rachel. Nawet ja już się pogodziłam. Chociaż jeszcze przejmował mnie wszechmocny smutek, gdy tylko sobie o niej przypominałam, to już nie cięłam się i nie zamykałam przed wszystkimi.
Minął Sylwester, minęły ferie świąteczne. Coraz bliżej było do narodzenia dziecka. Obecnie był już 5 stycznia… Czyli jeszcze jakieś 5 miesięcy.
- Bill? – zagadnęłam czarnowłosego pewnego wieczoru, gdy siedziałam na łóżku, czytają książkę, zaś chłopak majstrował coś przy biurku.
- Hmm? – mruknął, odwracając się do mnie.
- Jak nazwiemy dziecko?
Zaskoczyłam go lekko tym pytaniem. Spojrzał w okno, jakby się zamyślił, po czym zwrócił się do mnie.
- Myślałem nad tym ostatnio… chciałbym, jeśli to będzie syn, aby nazywał się Tom… zaś córka – Judie…
Dreszcz strachu przeszył moje ciało. Całkowicie już zapomniałam o atakach Judie… Co się stało, że znikneła?
Bill zauważył moje nagłe przerażenie.
- Jeśli nie chcesz, możemy wybrać inne! – dodał szybko. – To były tylko pro…
- Nie o to chodzi – potrząsnęłam głową. – Zresztą… nieważne. Niech będzie Judie – uśmiechnęłam się lekko. To jej zawdzięczałam to, że przestałam się ciąć. To ona pokazała mi, co się może stać, gdy mnie zabraknie… Może właśnie dlatego nagle znikneła? Bo zrozumiałam? Czyżby to było jej celem? Jeśli tak… zasłużyła, aby nazwać jej imieniem naszą córkę.
Bill podszedł do mnie i usiadł na łóżku tuż przede mną.
- Chcesz mi coś powiedzieć, Tess? – zapytał, patrząc na mnie przenikliwie. Potrząsnęłam przecząco głową. Dotknął lekko mojej ręki. – Będzie dobrze – dodał.
Przysunął się, opierając swoje czoło o moje. Patrzyliśmy się tak na siebie w milczeniu.
Przysunął się jeszcze bardziej i nasze usta się spotkały. Przymknęłam lekko powieki, ręce oparłam za swoimi plecami, zaciskając lekko palce na miękkiej kołdrze. Bill natomiast wychylił się do przodu, dłonie opierając tuż obok mojego tułowia.
Czułam, jak jego dłonie rozpinają mój zamkowy sweter. Nie zaprotestowałam. Nie zrobiłam tego również, gdy go ze mnie ściągnął.
Nagle Bill oderwał się ode mnie i spojrzał głęboko w oczy.
- Tess?
- Tak? – spojrzałam na niego lekko przestraszona.
- Czy ty tego chcesz? – zapytał, dotykając mojego ciepłego policzka.
- A ty tego chcesz – odbiłam piłeczkę.
- Ja tak…
- Ja też…
Uśmiechnął się do mnie i dalsza rozmowa utonęła w kolejnym, namiętnym pocałunku. Nie śpieszył się. Miał to już kilkakrotnie za sobą. Ufałam mu całkowicie.
Nie planowaliśmy tego. Wyszło tak samo z siebie. Warunki były sprzyjające – nie licząc nas dom był pusty.
Zza Billa spojrzał na zegarek. Dochodziła ósma. Mieliśmy sporo czasu…
Położyłam się na łóżku. Bill ściągnął bluzę. Uśmiechnęłam się lekko.
- Na pewno? – pochylił się nade mną, całując w nos.
- Na pewno… – odparłam, pocierając swoim czołem o jego.

Ja poczekam, Tess. Dla ciebie

Marzec 15th, 2010 by admin

No to wróciłam, a wraz ze mną nowa nota. Widzieliście teledysk “Rette mich”? Ja go normalnie uwielbiam! Nawet sobie zrobiłam ava z fotkami z klipu x>.
Założyłam nowe forum. Teraz z twórczością, czyli tym, co najbardziej lubię robić w życiu. Radosna Twórczość.

*

Spojrzałam na śpiącego Billa. Oddychał równo, głęboko. Czarne kosmyki grzywki porozrzucane były w nieładzie na poduszce. Z tyłu głowy nie sterczał mu jeż, oczy i paznokcie nie były pomalowane. Wyglądał jak zwykły chłopak, wyróżniający się jedynie asymetrycznością włosów, niczym więcej. Teraz był po prostu Billem Kaulitzem – żadną gwiazdą rocka, łamaczem damskich serc, numerem jeden w Niemczech.
Spostrzegłam, że ostatnio nie miałam dla niego prawie w ogóle czasu. Ciągle siedziałam załamana w Czarnym Pokoju bądź w łazience, nie dawałam się pocieszyć, nawet jemu. Byłam taka… taka oziębła… a on się starał… Nie! Jak ja mogłam być aż tak podła dla niego? Czy… czy ja go w ogóle jeszcze kocham?!
Wstałam z łóżka, mimo że był środek nocy. Nie mogłam spać, nie chciałam…
Usiadłam na biurku, podkulając pod siebie nogi. Oplotłam je rękoma, zaś głowę oparłam na kolanach. Patrzyłam na chłopaka, który tak mnie zmienił… Przez którego zmieniło się całe moje życie… Dzięki któremu spoczywa we mnie ta mała istotka, pragnąca ujrzeć światło dzienne…
Odruchowo dotknęłam dłonią zaokrąglonego brzucha. Przez całe moje ciało przelała się fala ciepła. Po raz pierwszy poczułam, jak ją kocham… Tą istotę, która we mnie rosła… I którą zobaczę już za niecałe sześć miesięcy…*
Nie czułam żalu, że to się stało. Nie teraz. Teraz czułam jedynie narastającą miłość.
- Dlaczego nie śpisz?
Wzdrygnęłam się. To Bill się obudził i patrzył na mnie swoimi ciepłymi, czekoladowymi oczami.
- Nie mogę – wzruszyłam ramionami i spuściłam wzrok.
Słyszałam jęk materaca, gdy Bill wstał z łóżka i podszedł do mnie. Usiadł na krześle tuż obok biurka i po prostu patrzył się na mnie.
Odwróciłam wzrok od niego. Po prostu nie mogłam patrzeć na niego, na te oczy…
- Przepraszam… – wyszeptałam, zaciskając powieki, powstrzymując łzy.
Nic nie powiedział tylko wstał i mnie przytulił. Gładził mnie łagodnie po włosach jedną ręką, drugą objął. Trwaliśmy w milczeniu jakiś czas, gdy powiedziałam nieśmiało:
- Spróbuję zasnąć… Już mi lepiej…
Skinął włosy i podał mi rękę, pomagając zejść z biurka.
Położyłam się na miękkiej pościeli, Bill tuż obok mnie. Czułam ciepło jego ciała, jego równy oddech oraz jego spojrzenie na sobie.
Przytuliłam się mocno, wtulając głowę w jego ramię.
- Przepraszam cię, Bill… za to wszystko… – szepnęłam.
Położył mi palec na ustach.
- Nie ma o czym mówić – powiedział cicho. – Miałaś powody. Sam czułem się podobnie.
- Ale to jeszcze nie znaczy, że… – zaczęłam, ale znowu nie pozwolił mi mówić.
- Ja poczekam, Tess. Dla ciebie – oparł głowę na mojej.
- Dziękuję… – szepnęłam, po czym zamknęłam powieki, czekając na sen.
Nie czekałam długo.

Czas toczył się w płynny i normalny sposób. Żadnych zwolnień ani przyspieszeń. Może dlatego, że nic ciekawego się nie działo?
Od kilku dni nie widziałam Judie. Już miałam nadzieję, że odeszła, ale nie. Wróciła. Pokazywała mi jeszcze gorsze rzeczy.
- Spójrz – powiedziała ostatniej nocy, pokazując na grób znajdujący się na cmentarzu.
Podeszłam bliżej i odczytałam napis: „Tess Wolf (1989-2005)”.
- To… to ja? – zapytałam z lękiem, patrząc na nagrobną płytę.
- Tak. Ale chodź dalej – powiedziała i skierowała się ku bramie cmentarza.
Wyszłam za nią. Szłyśmy jakiś kawałek. Zatrzymałyśmy się przed domem, w którym mieszkali moi rodzice. Weszłyśmy do środka.
Przy stole kuchennym siedziała mama. Coś mnie złapało za serce, gdy zobaczyłam łzy spływające strumieniem z jej oczu.
- Dlaczego akurat nam los odebrał córki?! – zapytała wysokiego mężczyznę stojącego obok blatu kuchennego. Mojego tatę.
- Nie wiem, Justyno, ale musimy się jakoś trzymać… – powiedział tata.
- Ale dlaczego ona to zrobiła? Dlaczego się zabiła? Przecież miała nas, miała Kaulitzów, miała Alex…
- Nie wiem… Może stało się coś, czego nawet te wszystkie osoby nie potrafiły zrozumieć…
Mama zajęła się jeszcze większym szlochem.
- Dosyć tego… Chodź dalej… – szepnęła Judie, po czym wyszła.
Teraz poszłyśmy do domu Kaulitzów. Weszłyśmy po schodach na górę. Czarnowłosa dziewczynka pchnęła drzwi od pokoju Billa, który dzielił ze mną.
Młodszy Kaulitz siedział przy biurku, pisząc coś na kartce. Minę miał zaciętą, wargi mocno zaciśnięte. Pochyliłam się nad nim, próbując odczytać jego pismo.

Przepraszam Was wszystkich. Jednak już nie mogę. Tess odeszła. Nie potrafię żyć bez niej, Proszę, zrozumcie.

Kocham Was
Bill

Odetchnął głęboko, po czym wstał. Teraz dopiero zauważyłam sznurek wiszący z lampy. Wiedziałam, że była zbyt solidna, aby spaść pod ciężarem Billa, tak więc szubienica była udana.
Zacisnęłam palce na ramieniu Judie tak mocno, że aż syknęła, jednak nic sobie z tego nie robiłam. Patrzyłam, jak Bill przysuwa krzesło pod lampę, staje na nim, zakłada pętle na szyję, zaciska lekko. Spojrzał jeszcze w okno, szepnął „Idę do ciebie, Tess” – i wywrócił krzesło, tym samym wyznaczając sobie wyrok śmierci.
Dopiero teraz spostrzegłam, że łzy gorącymi strumieniami spływają mi po twarzy. Odwróciłam się, nie mogąc patrzeć na jego oczy, na jego usta, próbujące złapać ostatni oddech…
Obudziłam się. Czułam łzy na mojej twarzy. Po prostu płakałam… płakałam jak chyba nigdy…
- Tess… – Bill się obudził. Wiedziałam, że ostatnimi nocy spał niespokojnie, snem przerywanym, żeby tylko sprawdzić, czy ze mną wszystko w porządku…
Spojrzałam na niego. Natychmiast dotknęłam dłonią jego policzka, jego ramienia… Dotykałam go, chcąc sprawdzić, że to na pewno on…
- Żyjesz, Bill… – wyszeptałam, tuląc się do niego.
- Oczywiście, że żyję… nie opuściłbym cię, Tess… – powiedział, całując mnie w czoło.
- Ja ciebie też nie, Bill… Za bardzo cię kocham…
Przesądziłam. Przemyślałam. Przekonałam. Kocham Billa najbardziej na świecie.

*Datę narodzin dziecka oszacowuję na przełom maja/czerwca