Member Login

Lost your password?

Registration is closed

Sorry, you are not allowed to register by yourself on this site!


Archive for Marzec, 2010

Będzie dobrze, prawda?

środa, Marzec 24th, 2010

Miała być jutro, będzie dzisiaj. Nie mogłam już dłużej trwać z napisaną notką nie wklejając jej.
Jakby ktoś chciał poczytać dwie moje jednoczęściówki, to w linkach, w dziale “THPoland” przy pseudzie “Tess – Sahade Debl”.
Zazwyczaj nie daję dedykacji, jednak dziś nie mogłam się powstrzymać. Tą notkę dedykuję Shady Lane oraz Cherry.

*

Po przebudzeniu poczułam jakieś straszliwe uczucie, coś jakby niepokój i strach. Natychmiast spojrzałam na Billa, chcąc zobaczyć, czy jest. Był. Mimo to nie poczułam się spokojniejsza.
Miał otwarte oczy. Najwyraźniej czekał, aż się obudzę. A może po prostu nie chciało mu się wstawać? W końcu dzisiaj była sobota.
Usiadłam na łóżku, patrząc na czarnowłosego. Ten również na mnie spojrzał, po czym podniósł się.
Chciałam przekonać się, że jest naprawdę. Zbliżyłam swe usta do jego, zamykając dzielącą nas przestrzeń pocałunkiem. Zarzuciłam mu ręce na szyję, po czym przylgnęłam do niego całym ciałem.
Bill objął mnie w pasie i jeszcze mocniej przyciągnął do siebie. Dopiero teraz poczułam, że jesteśmy bezpieczni. I ja, i Bill. I że nie odejdzie. I… że mnie kocha…
Powoli położył się, a ja obok niego. Przeczesywałam delikatnymi ruchami jego włosy, jeszcze sztywne od poprzedniej stylizacji.
Oderwaliśmy się od siebie. Spojrzałam mu prostu w oczy. Oczy, która tak kochałam. Z wzajemnością…
Po prostu nie mogłam się nie uśmiechnąć, widząc jego rozpromienioną minę. Zapomniałam na tą jedną słodką chwilę o wszystkim – o Rachel, o Judie, o rodzicach. O wszystkim. Liczył się tylko on. I ja. My razem. W tej chwili krzyczałam w myślach słowa podzięki dla losu, który nas ze sobą zetknął.
Znów zjednoczył nas pocałunek. Tym razem głębszy i namiętniejszy od poprzedniego. W ten pocałunek włożyłam całe swe serce, przepełnione miłością do Billa. Chciałam, aby ta chwila trwała wiecznie.
- Dziękuję, że jesteś… – szepnęłam, puszczając swymi wargami jego delikatne usta. – Że pozwalasz zapomnieć mi o tym, co złe…
- Wspólnie pokonamy wszystko… – szepnął.
- Będzie dobrze, prawda? – zapytałam.
- Na pewno – odpowiedział pewnie. Tak pewnie, że od razu poczułam, że wszystko się jakoś ułoży…
- Kocham cię, Bill – powiedziałam, całując go lekko w usta.
- Ja ciebie też – zamruczał, gładząc mnie pod dłoni.

Idąc do łazienki się przebrać spotkałam Toma. Uśmiechnęłam się do niego, co odwzajemnił.
- Możemy porozmawiać? – zapytałam go, zostawiając rzeczy w łazience. Potem się przebiorę.
- Jasne – odparł i otworzył mi drzwi do swojego pokoju, zapraszając mnie gestem dłoni.
Usiadłam na łóżku czekając, aż Kaulitz wejdzie i zajmie jakieś miejsce. Nie czekałam długo.
- Dziękuję ci za wszystko, Tom. Za to, że mnie kryłeś. Dziękuję – podeszłam do niego i pocałowałam w policzek, po czym wróciłam na łóżko. Uśmiechnął się tylko lekko. – Ostatnio już mi nieco lepiej. Staram się zapomnieć o… o tym wszystkim… – poczułam nagły uścisk w gardle.
- Nie jest łatwo, prawda? W końcu była twoją siostrą… a moją dziewczyną… – zmarkotniał.
- Przepraszam, że o tym wspomniałam – potrząsnęłam głową, przecinając powietrze czarnymi włosami.
- Nic się nie stało. Trudno o tym nie pamiętać – odparł smutno.
- To zawsze mi będzie o tym przypominać – powiedziałam, wyciągając do przodu nadal obandażowaną dłoń.
- Ale już nie będziesz tak robić? – zapytał, dotykając bandaży.
- Nie chcę już.. To jest bez sensu. Uświadomiła mi o tym pewna dziewczynka… – powiedziałam, a na moich ustach pojawił się gorzki uśmiech. Widząc zdziwione spojrzenie Toma dodałam. – Tajemnica.
Skinął głową. Jednak w jego oczach zabłysnęło coś jakby… spokój?
- Muszę już iść. Bill czeka – powiedziałam po chwili ciszy, podnosząc się z łóżka.
- Nie ma sprawy – powiedział.
Gdy wychodziłam zauważyłam, że siedzi zapatrzony w okno. Na jego twarzy zauważyłam… łzę?
Zamknęłam cicho drzwi i udałam się do łazienki. Głupio mi było, że wspomniałam w tym momencie o Billu. Jak musi się czuć Tom, gdy umarła jego dziewczyna?
Odruchowo otarłam oczy. „Nie ma sensu rozgrzebywać przyszłości” stwierdziłam ostro, przebierając się „Było, minęło. Zapomnij”.
Coś mi jednak w tym nie pozwalało…

***

Nim się spostrzegłam, nadeszło Boże Narodzenie. Spędzałam je u rodziców, którzy mnie zaprosili. Postanowiłam im wybaczyć to, że mnie wtedy wywalili z domu…
W Wigilię porozdawałam prezenty Kaulitzom, Gustavowi, Georgowi i Alex. Dostałam od nich masę różnych rzeczy – płyty, ciuchy, dodatki do komórki…
Z rodzicami trwałam w zgodzie. Wszystko sobie powyjaśnialiśmy. Po śmierci Rachel już nie mogłam dłużej ich nienawidzić… Mieszkałam jednak dalej u Kaulitzów – tam było jej lepiej, bo miałam się komu wygadać, wypłakać, przytulić… Rodzice zrozumieli.
Wszystko toczyło się normalnym trybem. Rany na dłoni powoli znikały, pozostawiając jasne, wąskie blizny. Powoli godzono się ze śmiercią Rachel. Nawet ja już się pogodziłam. Chociaż jeszcze przejmował mnie wszechmocny smutek, gdy tylko sobie o niej przypominałam, to już nie cięłam się i nie zamykałam przed wszystkimi.
Minął Sylwester, minęły ferie świąteczne. Coraz bliżej było do narodzenia dziecka. Obecnie był już 5 stycznia… Czyli jeszcze jakieś 5 miesięcy.
- Bill? – zagadnęłam czarnowłosego pewnego wieczoru, gdy siedziałam na łóżku, czytają książkę, zaś chłopak majstrował coś przy biurku.
- Hmm? – mruknął, odwracając się do mnie.
- Jak nazwiemy dziecko?
Zaskoczyłam go lekko tym pytaniem. Spojrzał w okno, jakby się zamyślił, po czym zwrócił się do mnie.
- Myślałem nad tym ostatnio… chciałbym, jeśli to będzie syn, aby nazywał się Tom… zaś córka – Judie…
Dreszcz strachu przeszył moje ciało. Całkowicie już zapomniałam o atakach Judie… Co się stało, że znikneła?
Bill zauważył moje nagłe przerażenie.
- Jeśli nie chcesz, możemy wybrać inne! – dodał szybko. – To były tylko pro…
- Nie o to chodzi – potrząsnęłam głową. – Zresztą… nieważne. Niech będzie Judie – uśmiechnęłam się lekko. To jej zawdzięczałam to, że przestałam się ciąć. To ona pokazała mi, co się może stać, gdy mnie zabraknie… Może właśnie dlatego nagle znikneła? Bo zrozumiałam? Czyżby to było jej celem? Jeśli tak… zasłużyła, aby nazwać jej imieniem naszą córkę.
Bill podszedł do mnie i usiadł na łóżku tuż przede mną.
- Chcesz mi coś powiedzieć, Tess? – zapytał, patrząc na mnie przenikliwie. Potrząsnęłam przecząco głową. Dotknął lekko mojej ręki. – Będzie dobrze – dodał.
Przysunął się, opierając swoje czoło o moje. Patrzyliśmy się tak na siebie w milczeniu.
Przysunął się jeszcze bardziej i nasze usta się spotkały. Przymknęłam lekko powieki, ręce oparłam za swoimi plecami, zaciskając lekko palce na miękkiej kołdrze. Bill natomiast wychylił się do przodu, dłonie opierając tuż obok mojego tułowia.
Czułam, jak jego dłonie rozpinają mój zamkowy sweter. Nie zaprotestowałam. Nie zrobiłam tego również, gdy go ze mnie ściągnął.
Nagle Bill oderwał się ode mnie i spojrzał głęboko w oczy.
- Tess?
- Tak? – spojrzałam na niego lekko przestraszona.
- Czy ty tego chcesz? – zapytał, dotykając mojego ciepłego policzka.
- A ty tego chcesz – odbiłam piłeczkę.
- Ja tak…
- Ja też…
Uśmiechnął się do mnie i dalsza rozmowa utonęła w kolejnym, namiętnym pocałunku. Nie śpieszył się. Miał to już kilkakrotnie za sobą. Ufałam mu całkowicie.
Nie planowaliśmy tego. Wyszło tak samo z siebie. Warunki były sprzyjające – nie licząc nas dom był pusty.
Zza Billa spojrzał na zegarek. Dochodziła ósma. Mieliśmy sporo czasu…
Położyłam się na łóżku. Bill ściągnął bluzę. Uśmiechnęłam się lekko.
- Na pewno? – pochylił się nade mną, całując w nos.
- Na pewno… – odparłam, pocierając swoim czołem o jego.

Ja poczekam, Tess. Dla ciebie

poniedziałek, Marzec 15th, 2010

No to wróciłam, a wraz ze mną nowa nota. Widzieliście teledysk “Rette mich”? Ja go normalnie uwielbiam! Nawet sobie zrobiłam ava z fotkami z klipu x>.
Założyłam nowe forum. Teraz z twórczością, czyli tym, co najbardziej lubię robić w życiu. Radosna Twórczość.

*

Spojrzałam na śpiącego Billa. Oddychał równo, głęboko. Czarne kosmyki grzywki porozrzucane były w nieładzie na poduszce. Z tyłu głowy nie sterczał mu jeż, oczy i paznokcie nie były pomalowane. Wyglądał jak zwykły chłopak, wyróżniający się jedynie asymetrycznością włosów, niczym więcej. Teraz był po prostu Billem Kaulitzem – żadną gwiazdą rocka, łamaczem damskich serc, numerem jeden w Niemczech.
Spostrzegłam, że ostatnio nie miałam dla niego prawie w ogóle czasu. Ciągle siedziałam załamana w Czarnym Pokoju bądź w łazience, nie dawałam się pocieszyć, nawet jemu. Byłam taka… taka oziębła… a on się starał… Nie! Jak ja mogłam być aż tak podła dla niego? Czy… czy ja go w ogóle jeszcze kocham?!
Wstałam z łóżka, mimo że był środek nocy. Nie mogłam spać, nie chciałam…
Usiadłam na biurku, podkulając pod siebie nogi. Oplotłam je rękoma, zaś głowę oparłam na kolanach. Patrzyłam na chłopaka, który tak mnie zmienił… Przez którego zmieniło się całe moje życie… Dzięki któremu spoczywa we mnie ta mała istotka, pragnąca ujrzeć światło dzienne…
Odruchowo dotknęłam dłonią zaokrąglonego brzucha. Przez całe moje ciało przelała się fala ciepła. Po raz pierwszy poczułam, jak ją kocham… Tą istotę, która we mnie rosła… I którą zobaczę już za niecałe sześć miesięcy…*
Nie czułam żalu, że to się stało. Nie teraz. Teraz czułam jedynie narastającą miłość.
- Dlaczego nie śpisz?
Wzdrygnęłam się. To Bill się obudził i patrzył na mnie swoimi ciepłymi, czekoladowymi oczami.
- Nie mogę – wzruszyłam ramionami i spuściłam wzrok.
Słyszałam jęk materaca, gdy Bill wstał z łóżka i podszedł do mnie. Usiadł na krześle tuż obok biurka i po prostu patrzył się na mnie.
Odwróciłam wzrok od niego. Po prostu nie mogłam patrzeć na niego, na te oczy…
- Przepraszam… – wyszeptałam, zaciskając powieki, powstrzymując łzy.
Nic nie powiedział tylko wstał i mnie przytulił. Gładził mnie łagodnie po włosach jedną ręką, drugą objął. Trwaliśmy w milczeniu jakiś czas, gdy powiedziałam nieśmiało:
- Spróbuję zasnąć… Już mi lepiej…
Skinął włosy i podał mi rękę, pomagając zejść z biurka.
Położyłam się na miękkiej pościeli, Bill tuż obok mnie. Czułam ciepło jego ciała, jego równy oddech oraz jego spojrzenie na sobie.
Przytuliłam się mocno, wtulając głowę w jego ramię.
- Przepraszam cię, Bill… za to wszystko… – szepnęłam.
Położył mi palec na ustach.
- Nie ma o czym mówić – powiedział cicho. – Miałaś powody. Sam czułem się podobnie.
- Ale to jeszcze nie znaczy, że… – zaczęłam, ale znowu nie pozwolił mi mówić.
- Ja poczekam, Tess. Dla ciebie – oparł głowę na mojej.
- Dziękuję… – szepnęłam, po czym zamknęłam powieki, czekając na sen.
Nie czekałam długo.

Czas toczył się w płynny i normalny sposób. Żadnych zwolnień ani przyspieszeń. Może dlatego, że nic ciekawego się nie działo?
Od kilku dni nie widziałam Judie. Już miałam nadzieję, że odeszła, ale nie. Wróciła. Pokazywała mi jeszcze gorsze rzeczy.
- Spójrz – powiedziała ostatniej nocy, pokazując na grób znajdujący się na cmentarzu.
Podeszłam bliżej i odczytałam napis: „Tess Wolf (1989-2005)”.
- To… to ja? – zapytałam z lękiem, patrząc na nagrobną płytę.
- Tak. Ale chodź dalej – powiedziała i skierowała się ku bramie cmentarza.
Wyszłam za nią. Szłyśmy jakiś kawałek. Zatrzymałyśmy się przed domem, w którym mieszkali moi rodzice. Weszłyśmy do środka.
Przy stole kuchennym siedziała mama. Coś mnie złapało za serce, gdy zobaczyłam łzy spływające strumieniem z jej oczu.
- Dlaczego akurat nam los odebrał córki?! – zapytała wysokiego mężczyznę stojącego obok blatu kuchennego. Mojego tatę.
- Nie wiem, Justyno, ale musimy się jakoś trzymać… – powiedział tata.
- Ale dlaczego ona to zrobiła? Dlaczego się zabiła? Przecież miała nas, miała Kaulitzów, miała Alex…
- Nie wiem… Może stało się coś, czego nawet te wszystkie osoby nie potrafiły zrozumieć…
Mama zajęła się jeszcze większym szlochem.
- Dosyć tego… Chodź dalej… – szepnęła Judie, po czym wyszła.
Teraz poszłyśmy do domu Kaulitzów. Weszłyśmy po schodach na górę. Czarnowłosa dziewczynka pchnęła drzwi od pokoju Billa, który dzielił ze mną.
Młodszy Kaulitz siedział przy biurku, pisząc coś na kartce. Minę miał zaciętą, wargi mocno zaciśnięte. Pochyliłam się nad nim, próbując odczytać jego pismo.

Przepraszam Was wszystkich. Jednak już nie mogę. Tess odeszła. Nie potrafię żyć bez niej, Proszę, zrozumcie.

Kocham Was
Bill

Odetchnął głęboko, po czym wstał. Teraz dopiero zauważyłam sznurek wiszący z lampy. Wiedziałam, że była zbyt solidna, aby spaść pod ciężarem Billa, tak więc szubienica była udana.
Zacisnęłam palce na ramieniu Judie tak mocno, że aż syknęła, jednak nic sobie z tego nie robiłam. Patrzyłam, jak Bill przysuwa krzesło pod lampę, staje na nim, zakłada pętle na szyję, zaciska lekko. Spojrzał jeszcze w okno, szepnął „Idę do ciebie, Tess” – i wywrócił krzesło, tym samym wyznaczając sobie wyrok śmierci.
Dopiero teraz spostrzegłam, że łzy gorącymi strumieniami spływają mi po twarzy. Odwróciłam się, nie mogąc patrzeć na jego oczy, na jego usta, próbujące złapać ostatni oddech…
Obudziłam się. Czułam łzy na mojej twarzy. Po prostu płakałam… płakałam jak chyba nigdy…
- Tess… – Bill się obudził. Wiedziałam, że ostatnimi nocy spał niespokojnie, snem przerywanym, żeby tylko sprawdzić, czy ze mną wszystko w porządku…
Spojrzałam na niego. Natychmiast dotknęłam dłonią jego policzka, jego ramienia… Dotykałam go, chcąc sprawdzić, że to na pewno on…
- Żyjesz, Bill… – wyszeptałam, tuląc się do niego.
- Oczywiście, że żyję… nie opuściłbym cię, Tess… – powiedział, całując mnie w czoło.
- Ja ciebie też nie, Bill… Za bardzo cię kocham…
Przesądziłam. Przemyślałam. Przekonałam. Kocham Billa najbardziej na świecie.

*Datę narodzin dziecka oszacowuję na przełom maja/czerwca

Taki nagły gest miłości

niedziela, Marzec 7th, 2010

Przepraszam, że nie do wszystkich piszę na gg, nie odwiedzam wszystkich blogów… ale ja się po prostu zaczynam gubić w tym wszystkim! Mam na gg kilka Kamil, kilka Magd, kilka Olek… I przyznam – zaczynam sie po prostu gubić! Dlatego za niedługo ruszy dział Kontakt – będzie można wtedy podać swoje dane, gg, stronę, e-mail. To już wtedy mi się nie zgubi ;) .
I przepraszam, że tyle musieliście czekać na nową notkę, ale wczoraj byłam na imprezie, przez co nie zdążyłam dodać. Ale zrozumcie – ja też mam swoje życie prywatne!

*

Zerwałam się z pozycji leżącej. Mój oddech był płytki i szybki. Ledwie mogłam złapać powietrze. Chwyciłam się za pierś, oddychając ciężko. Rozejrzałam się po ciemnym pokoju, zupełnie jakbym spodziewała się ujrzeć w którymś kącie zakrwawioną postać ciemnowłosej dziewczynki z nożem w ręku.
Nadal nie mogłam otrząsnąć się z szoku. Przed oczami migały mi dziko fragmenty snu – pudło, nóż, ręce, brzuch, tętnica… Czułam, jak żołądek podchodzi mi go gardła. Ostatkiem sił powstrzymałam się, aby nie zwymiotować.
Położyłam się i zamknęłam oczy. Jednak natychmiast je otworzyłam, gdyż pojawiła się postać Judie. Było tak za każdym razem, gdy je przymknęłam.
Usiadłam znowu, tuląc kołdrę pod brodą i nie wiedząc, co począć. Spróbowałam teraz zamknąć oczy. Nic z tego. Judie była za wyraźna.
Rozpłakałam się, poczułam się strasznie bezsilna. Byłam teraz niczym małe dziecko, dręczone sennym koszmarem, czekające, aż przyjdzie mama i je przytuli.
Obok mnie Bill się poruszył. Otworzył oczy, zamrugał parę razy i spojrzał na mnie. Uniósł się lekko na łokciach i zapytał:
- Tess… co się stało?
Nic nie powiedziałam, tylko złapałam go mocno za rękę i przytuliłam się do niego. Poczułam delikatny dreszcz zimna przebiegający przez jego ciało, gdy moje łzy zmoczyły jego nagą skórę.
- Boję się… – szepnęłam cichutko przytulając się mocniej.
- Nie masz czego, jestem przy tobie… – powiedział Bill, kładąc swoją głowę na mojej.
- Wiesz, Bill? – zapytałam, podnosząc swój wzrok na jego oczy.
- Tak?
- Kocham cię… – odparłam, opierając głowę na jego ramieniu.
- Ja ciebie też, Tess… – powiedział, głaszcząc mnie po włosach.
Teraz odważyłam się zamknąć oczy. Postać Judie wyblakła, stała się nie wyraźna… Strach minął, jednak coś we mnie drżało. Ja wiedziałam, że ona wróci…
Rano obudziłam się dość wcześnie. Spojrzałam na zegarek: było dwadzieścia po szóstej. Spojrzałam Na Billa; nie spał, tylko wpatrywał się we mnie swoimi ciepłymi, brązowymi oczami. Przysunął się do mnie i lekko dotknął mojej zabandażowanej dłoni. Z moich ust wyrwał się cichy krzyk, podobny raczej do pisku.
- Boli cię, prawda? – zapytał z troską, cofając rękę. Skinęłam głową. – Tess, proszę, nie rób tego więcej – dodał.
Nic nie odpowiedziałam, tylko spojrzałam na bandaż. Był brudny od krwi w wielu miejscach. Wieczorem zasypiając pewnie tego nie zauważyłam… Ale zaraz! Przecież ja zasnęłam w Czarnym Pokoju!
- Bill? – zagadnęłam chłopaka.
- Tak?
- Jak to się stało, że się znalazłam tutaj, zasypiając w Czarnym Pokoju? Drzwi były zamknięte…
- Okno było otwarte – powiedział z lekkim uśmiechem.
- Bill? Ty żartujesz? – zapytałam z lekkim przestrachem. – Zostałam wyniesiona, śpiąca przez okno?
- Dokładnie – mrugnął do mnie.
- Jakie wy pomysły macie… – uśmiechnęłam się lekko. Naprawdę się uśmiechnęłam! Po raz pierwszy od tak długiego czasu na moich ustach pojawił się lekki uśmiech! – Idę się ubrać… – dodałam i podniosłam się z łóżka.
Wyciągnęłam z szafy czarne, szerokie spodnie, jakiś podkoszulek i czerwoną bluzę z kapturem. Do tego stanik i majtki. Dzisiaj nie miałam ochoty na strojenie.
Wzięłam to wszystko łazienki. Jednak nim się przebrałam, otworzyłam szafkę i wyciągnęłam z niej bandaż. Ucięłam z niego nożyczkami nowy, czysty kawałek. Z najwyższą ostrożnością ściągnęłam stary materiał, przyglądając się ranom. Ostatniego wieczora nie do końca przestała mi lecieć krew, teraz widniała rozlana na skórze, brudząc całą dłoń i przegub.
Nalałam do umywalki letniej wody, rozglądając się za zapinką do bandaża, która gdzieś mi spadła. Schyliłam się pod umywalkę – była! Podniosłam ją i położyłam na pralce.
Kran był już pełny. Zakręciłam wodę po czym wsadziłam do niego obolałą i brudną dłoń. Pomagając sobie drugą delikatnie zaczęłam oczyszczać zabarwioną na czerwono skórę.
Zanim zrobiłam to dokładnie i starannie, woda już zdążyła zlodowacieć. Nie napuszczałam jednak nowej.
Wyciągnęłam rękę, wysuszyłam delikatnie ręcznikiem, obandażowałam nowym kawałkiem materiału i zapięłam poprzednią zapinką.
Dopiero teraz szybko się ubrałam i wyszłam z łazienki. Była już szósta czterdzieści pięć.
Udałam się z powrotem do pokoju, gdzie zastałam w pełni ubranego i wyszykowanego Billa
- Chodź, zrobimy śniadanie – powiedział do mnie i minął w drzwiach.
Rzuciłam piżamę na łóżko i wyszłam za nim. Usiadłam przy kuchennym stole, a Bill zabrał się za robienie śniadania. Obserwowałam to wszystko w niemym milczeniu, gdy nagle wstałam i podeszłam do niego. Przytuliłam go mocno, na co on pocałował mnie w czoło.
- Kocham cię, Bill… – wyszeptałam w jego koszulkę.
- Też cię kocham, Tess… – Usłyszałam lekko zaskoczony głos ponad sobą.
„Nie dziw się. To taki nagły gest miłości!” powiedziałam w myślach, czego Bill już nie mógł usłyszeć.

Siedziałam na samym końcu w szkolnej ławce, przypatrując się wszystkim uczniom znad podręcznika do przyrody. Dlaczego ja nie nawiązuję żadnych kontaktów? Spojrzałam na Alex, siedzącą ławkę obok mnie; wysyłała liściki z brązowowłosą Ellie, która siedziała tuż przed nią. Suzie zaś pokazywała jakiemuś chłopakowi na migi, który temat obecnie czytamy. Ogólnie niemal cała klasa komunikowała się ze sobą w jakiś sposób. Nie licząc mnie i dwóch dziewczyn w pierwszej ławce, ubranych w krótkie spódniczki i wysokie kozaczki. Obydwie były święcie zaczytane w „interesujących” podręcznikach i jeszcze bardziej „interesujących” tematach.
Sama nie wiem, dlaczego, ale nagle poczułam do nich wszystkich jakieś dziwne przywiązanie. Po raz pierwszy poczułam tą… wspólnotę? Tak, to chyba dobre określenie… Poczułam się równa z nimi, a nie taka żyjąca w odosobnieniu.
Jakoś od razu zrobiło mi się lepiej. Po raz pierwszy pomyślałam o czymś przyjemniejszym, nie powiązanym ze śmiercią Rachel.
Na moich ustach zakwitł delikatny uśmiech.

Moja euforia nie trwała jednak długo. Ledwie nastała noc i położyłam się spać naszły mnie ponownie dziwne sny.
Tym razem stałam przed jakimś nowocześniejszym dworkiem. Dom był zbudowany z kasztanowego drewna, jednak miał elementy współczesne. Trawnik przed tarasem był w doskonałej formie – idealnie wypielęgnowany, regularnie strzyżony i podlewany poprzez spryskiwacze, które wystawały z ziemi, aczkolwiek teraz nie pracowały.
- Witaj ponownie, Tess.
Zamknęłam oczy. Modliłam się, aby ten głos nie należał do tej osoby, o której właśnie myślałam. Powoli się odwróciłam, chociaż wszystko we mnie krzyczało, bym się nie odwracała.
Tak, jak się spodziewałam. To była Judie. Jednak nie miała chociażby najmniejszej rysy na skórze świadczącej o jej pocięciu się. Jednak nadal miała tą samą sukienkę. Materiał na brzuchu był normalny, bez żadnego rozcięcia.
- Chodź, dzisiaj pokażę ci coś innego…
Czułam, jakbym to nie szła ja, lecz ktoś inny. Moje nogi same mnie niosły.
Poszłyśmy w kierunku domu. Weszłyśmy do środka.
- Tak wolno? – zapytałam Judie.
- Nie widzą, nie czują i nie słyszą nas. Po prostu nie istniejemy dla nich – wyjaśniła dziewczynka.
Zaprowadziła mnie do jakiegoś bogato zdobionego pokoju. Spodziewałam się ujrzeć w nim jakąś wytworną panią i jej równie wytwornego męża. I byli szczęśliwi, uśmiechnięci. Taki miałam wizerunek rodziny mieszkającej w takim domu. To, co zobaczyłam, zdziwiło mnie.
Wewnątrz siedziało na podłodze małe, góra siedmioletnie dziecko. Był to jasnowłosy chłopiec, siedzący skulony i patrzący nieruchomo w przestrzeń. Zdawał się czekać na kogoś już dłuższą chwilę.
- Tak, czeka na kogoś – potwierdziła moje myśli Judie, chociaż nie odezwałam się nawet słowem.
Jednak dopiero teraz ujrzałam na jego małej, krągłej buzi łzy.
- Wiesz, dlaczego on płacze? – zapytała cicho Judie.
Pokręciłam przecząco głową.
- Stracił całą rodzinę w pożarze w mieście… Pozostał on sam. Nie zabrali go, bo źle się zachowywał. Pozostał z opiekunką, jednak ta „zrobiła sobie wolne” twierdząc, że mały poradzi sobie sam, a poza tym rodzina obiecywała za niedługo wrócić. Czeka już siódmą godzinę. Nikt nie wie, że tu jest, wszyscy myślą, że dom jest pusty – tłumaczyła szeptem Judie.
Zrobiło mi się strasznie żal tego chłopca. Straci całą rodzinę nawet o tym nie wiedząc… I może tak czekać, czekać, czekać w nieskończoność…
- Nie możemy nic zrobić? – zapytałam.
- Nic – odparła Judie. – Dlatego widzisz, jakie życie jest ważne, jak łatwo je stracić…
Już drugą noc zrywam się, mokra od potu, z łóżka. W moim oku zatrzymała się jakaś jedna, zabłąkana łza.
- Do czego zmierzasz, Judie? – zapytałam cicho, by nie zbudzić Billa.