Dzisiaj, z miłości do Was, zamieszczam Waszą upragnioną notkę… Dziękuję Wam wszystkim, bez wyjątku…
Chcę wrócić do czytania blogów… nie wszystkich, prawda, bo za dużo ich jest, ale każdego chcę chociaż kawałek przeczytać…
Minęło mi ostatnio 30 000… jeszcze wcześniej 20 000… jak to wszystko szybko leci…
Dzisiaj notkę dedykuję Wam, w podzięce za życie.
*
Słońce już zdążyło wzejść na niebie, gdy wstałam znad brzegu jeziorka. Podeszłam do huśtawki, która stała samotnie na środku podwórza. Odepchnęłam się mocno nogami od ziemi i zaczęłam się huśtać.
- And when I’m gone, just carry on… don’t mourn… – zaczęłam cicho spiewać.
Spojrzałam na nieb, na jaśniejące na nim słońce, dodające otuchy. Czy Rachel jest tam gdzieś na górze? Czy obserwuje teraz każdy mój krok?
Usłyszałam kroki. Obróciłam się i ujrzałam Alex. Miała smutny wyra twarzy i zapuchnięte, czerwone oczy. Otworzyła usta, zapewne chcąc mi coś powiedzieć, jednak jej na to nie pozwoliłam.
- Proszę, Alex. Chcę być sama.
Zamknęła usta, skinęła tylko głową i odeszła.
Zeszłam z huśtawki i położyłam się na zimnej ziemi. Patrzyłam na bezkresne, błękitne niebo, po którym od czasu do czasu przelatywał jakiś ptak. Rachel lubiła ptaki…
Zacisnęłam powieki. Nie, Tess, nie będziesz teraz myśleć o Rachel…
Otworzyłam je znowu. Odwróciłam jednak wzrok i utkwiłam go w bezlistnym drzewie, które kiedyś było zielone, soczyste. Rachel miała zielone oczy…
- Zamknij się! – krzyknęłam, siadając gwałtownie, a łzy niczym perły potoczyły się po moich policzkach. – Nie myśl o niej!
Uderzyłam ręką w ziemię. Potem nogą. Zaczęłam zrywać trawę, która była w odcieniu jej oczu. Kopałam ziemię, która była w odcieniu jej włosów. Rzucałam kamienie do jeziorka, które było tak chłodne, jak logika, którą posługiwała się Rachel.
Słyszałam jakby szepty, które mnie otaczały. Ze wszystkich stron, coraz głośniejsze i głośniejsze…
- ZAM-KNIJ-SIĘ! – wrzasnęłam.
Usłyszałam trzask drzwiami i po chwili koło mnie znalazł się Tom.
- Tess, co się stało? – zapytał przerażony, łapiąc mnie za ramiona.
- Każ jej się zamknąć! – krzyknęłam.
- Komu?
- RACHEL!
- Ale przecież ona…
- Nie! Ona… jest… tu… patrzy na mnie… i szepcze… i… zadaje mi… ból… – bełkotałam.
- Tess, ty masz gorączkę! – powiedział przestraszony blondyn, dotykając ręką mojego czoła. – Chodź, idziemy do domu…
- Nie… nic mi nie jest… zostaw mnie… zabij ją! Zabij!
- Idziemy, Tess… Bill! – krzyknął w stronę domu.
Bill wyjrzał przez drzwi.
- Bill, Tess ma gorączkę, chodź tutaj! – zawołał do brata.
Czarnowłosy natychmiast podbiegł i wziął mnie na ręce. Tom podtrzymywał mi głowę.
- Bill, Bill… ona żyje… jest tutaj… mówiła do mnie… – wyszeptałam.
- Cicho, Tess, już dobrze… – powiedział Bill miękko.
- Nie… nie… Bill… Rachel… ja… ona… zabierz… zabij…
Bill i Tom wymienili przerażone spojrzenia. Zanieśli mnie najszybciej jak mogli do pokoju. Położyli na łóżku, na miękkiej, szarej pościeli.
Natychmiast nakryłam się kołdrą, chowając pod nią głowę. W nieustających drgawkach bełkotałam niepowiązane ze sobą słowa:
- Rachel… szept… ptaki… zieleń… ból…
- Tess… – poczułam jak ktoś ściąga z głowy kołdrę.
- Zostaw mnie! – krzyknęłam, wyrywając mu kołdrę i nakrywając się nią znowu.
Usłyszałam szepty, czyjeś potakiwania… to znowu ona…
Zatrzęsłam się. Ktoś zerwał ze mnie kołdrę i po prostu wywlókł z łóżka. Byłam niesiona przez dwie pary rąk – jednak dokąd?
Weszli ze mną do łazienki. Ściągnęli ze mnie kurtkę, spodnie i bluzę, i ułożyli w wannie. Po chwili poczułam, jak lodowata woda spływa po mnie.
Wrzasnęłam ze strachu. Zaczęłam się miotać, byleby tylko uchronić się od tej wody, która działała niczym nóż wbijany w ciało…
Ustało. Zabrali mnie do pokoju. Położyli pod kołdrę.
Miałam drgawki. Trzęsłam się cała od jakiegoś dziwnego lęku, który niczym kwas wyżerał mnie od środka.
Z oczu popłynęły mi łzy. Przekręcałam się z boku na bok, miotając wokół przerażonymi oczyma.
- Bill, Tom, coście jej zrobili?! Chcecie ją zabić?!
Ktoś podszedł do mnie i złapał za rękę. Lekki, przyjemny chłód rozprowadził się od nadgarstka po łokieć, kojąc obolałą skórę.
- Tess, nie płacz… – usłyszałam delikatny jak skrzydło motyla głos.
Spojrzałam na tą osobę. Ujrzałam ogniście rude włosy Alex oraz jej oczy, patrzące nam nie z niepokojem.
- Alex, ona żyje… – wychrypiałam.
- Nie, to tylko przewidzenia, przesłyszenia… śpij, jutro wszystko będzie dobrze…
Zamknęłam oczy. Głowa bolała mnie koszmarnie. Czułam potworne zmęczenie.
- Śpij…
Minęły trzy dni. Gorączka minęła tak zaskakująco szybko, jak się pojawiła. Jednak wspomnienie o Rachel nie odeszło. Ja, Bill i Tom snuliśmy się po domu niczym cienie, spoglądając na siebie smutno i jeden u drugiego szukając pocieszenia.
Jutro pogrzeb mojej siostry. Po południu. Idziemy wszyscy.
Rodzice również idą. Teraz już nawet nie mam sił z nimi walczyć… Chciałabym po prostu zapomnieć i obudzić się z błogą nieświadomością dawnych wydarzeń. Jednak tak się nie da…
Do szkoły nie chodzimy. Jak na razie. Całej naszej trójce pani Kaulitz pisze usprawiedliwienia. Nie wiem, jak z resztą, przez jakiś czas się nie widzieliśmy…
Coraz bardziej dociera do mnie, że ją straciłam. Że już nigdy nie zobaczę jej uśmiechu, jej łez, jej radości i jej smutku… Że już nigdy nie zamieni ze mną ani słowa, już nigdy na mnie nie spojrzy…
Bill i Tom prawie nic nie jedzą. Ja muszę, nie mogę zaszkodzić dziecku… Już i tak się boję, że mogło mu się coś stać podczas mojej choroby…
Nadszedł dzień pogrzebu. Z ciężkim westchnieniem ubrałam czarny sweter oraz czarne, wizytowe spodnie. Do tego czarne buty.
Wszyscy byli ubrani na czarno. Bliźniacy w garniturach. Pani Kaulitz w czarnej sukience. Pan Kaulitz również w garniturze.
Spojrzałam na nich smutno, a oni skinęli tylko głową. Wyszliśmy i wsiedliśmy do samochodu, który dowiózł nas na pobliski cmentarz.
Gdy wchodziliśmy przez bramę, zauważyłam Alex z Suzie. Nieco dalej Gustava i Georga. Wszyscy sprawiali wrażenie załamanych.
Podeszliśmy do nich. Skinęli nam tylko na powitanie głowami i dalej trwali w przytłaczającej ciszy.
Rozpoczęło się.
- Dzisiaj odeszła od nas młoda, szesnastoletnia dziewczyna… – zaczął ksiądz.
Patrzyłam na dół wykopany jakieś dwa metry ode mnie. Łzy zaczęły mi się zbierać w oczach. Wszyscy wokół patrzyli smutno to na mnie, to na księdza. Współczuli mi, czułam to. Wielu ich było, w końcu Rachel miała sporo znajomych, w przeciwieństwie do mnie… i zapewne wszyscy żałowali, ze to odeszła ona, wiecznie uśmiechnięta optymistka, rozważna, a przy tym dobra koleżanka, a nie ja, ciężarna histeryczka, której nałogiem stało się załamywanie się i nieustanne płakanie.
Po przeciwległej stronie stali moi rodzice. Mama płakała, tata obejmował ją ramieniem. Tak, jak ja byli załamani…
Zrobiło mi się ich żal, bardziej nawet, niż samej siebie. To była ich córka, ich największe szczęście…
- Ojcze nasz, któryś jest w niebie… – usłyszałam głos księdza. Razem z nim zaczęłam szeptać modlitwę mimo tego, że byłam ateistką i nie wierzyłam w Boga.
Minuty mijały powoli. Łzy zamarzały na moich policzkach, wiatr kąsał w uszy, mroził dłonie. Mimo to dalej stałam nieruchomo, szklanymi oczami obserwując przebieg pogrzebu.
- Nigdy cię nie zapomnimy, Rachel Wolf…
Wróciliśmy do domu, podróżując w martwej ciszy. Nikt się nie odzywał, nienaruszając milczenia. Poszłam na górę, do Czarnego Pokoju, zamykając się na klucz. Siadłam pod ścianą i rozpłakałam się. Niedaleko mnie widziała jej fotografia…
Wstałam i podeszłam do niej. Dotknęłam zdjęcie końcówkami palców, jakby chcąc przeniknąć przez szkło i naprawdę dotknąć jej policzka.
Stałam i wpatrywałam się w ten obraz, który został jedyną tak żywą pamiątką, jaką obecnie przy sobie miałam. Wszystkie pozostałe zdjęcia pozostały w domu kilka merów dalej… Gdzie pani Wolf zapewne ocierała oczy chusteczkami, a jej mąż usiłował ją pocieszyć, pomimo, że sam był załamany…
Życie jest straszne…
Wkrótce poszłam do szkoły. Wyszłam razem z Billem i Tomem na mroźny, grudniowy dzień. Słońce ledwie się tliło na szarym niebie, zasłaniane pojedynczymi płatkami śniegu.
Spojrzałam w stronę mojego domu, mając nadzieję, że ujrzę szczupłą, wysoką sylwetkę odzianą w czerwoną kurtkę i plecak, idącą w naszą stronę z uśmiechem wymalowanym na ustach i zielonych oczach, z rozwianymi czarnymi włosami.
Jednak jej nie ujrzałam.
Podmuch wiatru zamiótł z chodnika kupkę liści i śmieci, tuż sprzed moich stóp. Drzewa będące niemal już obdarte z liści zakołysały się lekko.
- Tess… – szepnął Bill, podchodząc i kładąc rękę na moim ramieniu.
Otrząsnęłam się. Rzuciłam ostatnie spojrzenie w stronę domu i poszłam, czując, jak moje serce rozdzierane jest na miliardy kawałków.
Na szkolnych korytarzach wszyscy umykali mi z drogi. Wyraźnie widziałam ich współczucie w oczach, gdy patrzyli na mnie, kiedy mijałam poszczególne korytarze. Śledzili każdy mój krok, jakby czekając na moje łzy. Nie rozumieli tak naprawdę nic…
Alex co chwila zerkała na mnie ukradkiem, gdy myślała, że tego nie widzę. Miałam już powoli tego dosyć, ale milczałam z zaciśniętymi zębami.
Usiadłam w ławce na matematyce, gdzie zwykle siedziałam obok Rachel i Alex. Spojrzałam na puste miejsce obok mnie i przez ułamek sekundy miałam nadzieję, że Rachel zaraz przyjdzie i na nim siądzie.
Jednak nie pojawiła się.
Alex spojrzała na mnie, westchnęła ciężko i usiadła.
- Możesz mi powiedzieć, o co ci chodzi? – syknęłam, gdy rozpoczęła się lekcja, a Alex zerkała na mnie częściej, niż by można było uznać za normalne.
- Mnie? Mnie nic… – szepnęła i lekko się zaczerwieniła, unikając mego wzroku.
- Mi się wydaje, że jednak coś jest nie tak – mruknęłam natarczywie, wpatrując się w nią uważnie.
- Nie, ja tylko… w tak właściwie… a, nieważne…
- Jak chcesz… – odparłam, wzruszając lekko ramionami.
Niczego się od niej nie dowiem.
- Tess! Wyjdź w końcu stamtąd! – usłyszałam głos Toma, dobijającego się do łazienki. – Siedzisz już tam dwie godziny!
- Och, odczep się! – krzyknęłam w odpowiedzi.
Usłyszałam odgłos szamotania się z zamkiem (Tom potrafi otwierać je wsuwką do włosów) i po chwili drzwi się otworzyły.
- Tess, ile można sie… – urwał i spojrzał na moją nagą nogę, którą podkuliłam tuż pod brodę. Druga było swobodnie spuszczona na podłogę, obok wanny. – Coś ty sobie zrobiła?
Spojrzałam na swoje udo i zamarłam. Widniało na nim jeszcze wycięcie nożyczkami… Ten pentagram…
- N-nic – wyjąkałam i przykryłam szybko nogę ręcznikiem.
- Tess, to na serio nie jest…
- Ja to wiem! Tom, ja naprawdę to wszystko wiem! Proszę, zapomnij o tym! – krzyknęłam, zrywając się z wanny, na której siedziałam i stając przed nim, patrząc w te czekoladowe oczy.
- Ale obiecaj, że…
- Nie, Tom, niczego ci nie obiecam! To może być silniejsze ode mnie! Nie wiem, to dopiero początek, nie znam swej przyszłości!
- Ale Tess, postaraj się cho…
Przerwałam mu po raz trzeci.
- Powiedziałam, Tom! Niczego nie obiecuję! – krzyknęłam i wybiegłam z łazienki.
Pobiegłam do pokoju mojego i Billa, po czym rzuciłam się na łóżko, chowając pod kołdrą aż po szyję i wpatrując nieruchomo w drzwi. Wiedziałam, że Tom nie da za wygraną, był zbyt stanowczy, nie odpuszczał tak łatwo.
Po chwili rozległo się pukanie. Mimo tego, że nic nie powiedziałam drzwi i tak się otwarły. Wszedł przez nie Tom, ciągnąc po ziemi swoje o trzy rozmiary za duże spodnie, nieskutecznie podwinięte. Usiadł obok mnie na łóżku.
- Tess, ja wiem, że ci jej brak… – zaczął miękko.
- Tom, błagam, daj mi spokój… – jęknęłam, chowając się pod kołdrę, chcąc tym samym zakończyć tą bezsensowną rozmowę.
- Ale to jeszcze nie powód, aby się ciąć… – ciągnął dalej nie zważając na moje protesty. – To nie jest warte twojej kr… – urwał, wyraźnie zmieszany.
Wynurzyłam się spod kołdry i spojrzałam na niego ostro. Każde słowo dygotało teraz od wściekłości.
- Rachel nie jest warta mojej krwi?! Nie, ona jest warta dużo więcej! Ona jest warta więcej niż całe moje skopane życie! – krzyknęłam.
- Nie to miałem na myśl… – nie dokończył, bo znowu mu przerwałam.
- No to, ku*wa, co?! Proszę, nie kłam mi jeszcze w żywe oczy i zostaw mnie najlepiej w spokoju! – wrzasnęłam i odwróciłam do niego tyłem.
Usłyszałam trzask drzwiami, a chwilę wcześniej łóżko zostało oswobodzone z ciężaru pięćdziesięciu kilogramów.
- Nie zrozumiesz, Tom… – wyszeptałam do pustki pokoju, a łzy znowu zagościły w mych oczach.
